Przeciw niewidzialności

Zakończenie tekstu wydaje się nie najlepszym miejscem na zastanawianie się nad sensem pisania. Stawianie swojego wysiłku pod znakiem zapytania wymaga odwagi lub brawury. Niezależnie od określenia takiego ruchu, jedno jest pewne – pojawia się wielkie ryzyko. Krzysztof Teodor Toeplitz je podejmuje i to bez większych ceregieli.

W ostatnim rozdziale Sztuki komiksu stwierdza, że nie da się pisać o komiksie bez pisania o jego krytyce i krytykach. Podążając wyznaczoną sobie ścieżką, mierzy się z zarzutem kiczowatości,pojawiającym się w odniesieniu do gatunku jeszcze trzydzieści lat po wydaniu wspomnianej książki. Mały spoiler – nie, autor nie opowiada się jednoznacznie za ani przeciw. Zamiast tego próbuje zrozumieć, dlaczego etykieta kiczowatości tak wytrwale trzyma się komiksu.

Z rozważań Toeplitza nad tą kwestią najciekawszy wydaje mi się fragment o stereotypizacji posuniętej do ekstremum. Sam stereotyp tłumaczy jako „sytuacje lub zjawiska w sztuce,które przez częste stosowanie uległy zużyciu, zatraciły swoją treść poznawczą, zachowując wartość umownego znaku”. Na tym etapie nie ma w nim nic złego, w końcu język komiksu rozwinął się w oparciu o umowne, upraszczające rzeczywistość konwencje, bez których nie dałoby się zrozumieć przekazu. Toeplitzowi chodzi jednak o coś innego – o sytuację, w której to nie my kontrolujemy stereotyp, ale on zaczyna kontrolować nas.

Tak więc każdemu zapewne zdarzyło się kiedyś widzieć purpurowy zachód słońca nad wodą lub nad łąkami, ale ów obraz, przedstawiony setki razy przez malarzy, a także przez kamerę filmową, utracił już dawno znaczenie obserwacji zjawiska natury i stał się stereotypem kulturowym, podobnie jak stereotypem stają się surowy i wymagający, ale jednocześnie „ojcowski” ojciec, niewinnie skrzywdzona piękność, szlachetny i bezinteresowny biedak, chciwy bogacz itp.

Chwyty zbanalizowane szybko stają się przezroczyste przez swoją oczywistość i wszechobecność. Raczej nie chodzi tu jednak o zwykłe zajmowanie się jednym tematem przez wielu artystów, bo, powiedzmy sobie szczerze, słońce mamy tylko jedno, a w sztukach wizualnych jego znaczenie jest ogromne. Problem pojawia się w momencie, w którym artysta zaczyna kopiować sposób jego ujęcia. W fabułach superbohaterskich nie ma nic złego, dopóki nie zaczynają zamykać się w jednym schemacie na zasadzie „był sukces, wyciśnijmy go do oporu”, np. nie eksploatują do granic możliwości motywu wędrówki bohatera. W grę wchodzi tu o wiele groźniejsze zjawisko niż zwykły epigonizm – przeistoczenia się twórczości w produkcję.

Problem nie jest nowy, bezrefleksyjnym podejściem twórców do kwestii artyzmu zajmował się już ponad sto lat temu William Morris, angielski malarz, rysownik i projektant*. Dostrzegł tę tendencję w dziedzinie sztuk dekoracyjnych, uznawanych za gorsze (o ile w ogóle uznawane za sztukę) właśnie przez swoją banalność i seryjność. Według niego to, w jaki sposób zostało coś wykończone – elewacja budynku, ceramiczne płytki, kubek do herbaty – ma ogromne znaczenie dla życia codziennego. Sztuka dekoracyjna ma najlepiej przeciwdziałać szarzeniu życia, apatii i rozleniwieniu:

My znów jesteśmy czynni lub bezczynni, ożywieni lub zgnębieni, a oczy nasze łatwo obojętnieją na znaczenie form przedmiotów, na które zawsze spoglądają. Jednym przeto z najgłówniejszych celów dekoracyi – w czem zresztą idzie ręka w rękę z naturą – jest zaostrzenie w tem kierunku naszych stępionych zmysłów.

Według Morrisa ogromną przewagą sztuki dekoracyjnej nad formami sztuki „wysokiej”, takiej jak malarstwo czy rzeźba, jest jej ogólna dostępność. Wszyscy, bądź co bądź, stykamy się na co dzień z ogromną liczbą przedmiotów wytworzonych przez ludzi lub według ich projektu. Skoro i tak nie unikniemy otaczania się nimi, powinny według niego jak najmocniej pobudzać zmysły,przynosić coraz to nowe zaskoczenia. Powszechność jest jednak także największym wrogiem tej sztuki – pokusa zamknięcia się na tylko jeden wzór, który zyskał popularność, staje się bardzo silna, ale grozi zbanalizowaniem i niewidzialnością. Morris opowiada jednak o tym jako twórcy, który rozdziela się na artystę i rzemieślnika. Pierwszy z nich nie potrafi zgodzić się na skupienie się wyłącznie na technice, ale bez niej nie potrafi wyrazić swojej wizji; z kolei drugi nie zgadza się na innowacje, skoro tradycja się sprawdza, ale bez nich nie może się rozwijać.

Jak to się ma do komiksu? Paralelę można dostrzec w słowach Toeplitza, który nazywa go „sztuką dla codzienności”. Nie da się ukryć, że komiks dzięki swojej powszechności i formie ma szansę oddziaływać na zmysły odbiorcy bezpośrednio, już od pierwszego spojrzenia.

W szarzyznę codziennego życia [komiks] wnosi pierwiastek niezwykłej przygody, w rzeczywistość rządzącą się kategoriami ostrożnego prawdopodobieństwa wprowadza motyw nadzwyczajności i fantazji.

Podobnie jak w sztuce dekoracyjnej autor może pozostawić na otaczającym go świecie bezpośredni ślad dzięki wyglądowi swojego dzieła. Jedno spojrzenie wystarczy, żeby komiks wywarł na odbiorcy określone wrażenie lub nie wywarł żadnego, stając się niewidzialny. I tu pojawia się chyba jedno z największych wyzwań dla twórcy: jak wyrazić coś, co działa na mnie tak mocno,żeby zainteresować i poruszyć w podobnym stopniu innych? Już sprawdzone środki mogą dać efekt, ale zbyt częste sięganie po nie grozi zbanalizowaniem. Kolorystyka utrzymana w błękicie i fiolecie, nadużywana we wszystkim co związane z cyberpunkiem, szybko stała się kliszą, która nie wywołuje już takiego wrażenia jak wcześniej.

Nie trzeba jednak koniecznie i za wszelką cenę szukać sposobu, żeby się całkowicie wybić na tle innych twórców. Chodzi raczej o to, żeby nie iść na łatwiznę. Kontynuując przytoczony już fragment z Morrisa:

Do tego służą owe cudowne wzory na tkaninach, owe niezwykłe wzory, którymi ludzie tak długo się rozkoszowali: formy i wzory, które nie są ślepym naśladownictwem natury, lecz przy których ręka pracownika w ten sposób była twórczą, że tkanina, kielich, nóż – wyglądają tak naturalnie i tak pięknie jak zielone łany, brzegi rzeki lub głaz górski.

Wyglądają podobnie, ale są w istocie czymś innym. Podobna zasada zdaje się dotyczyć komiksów – mimo że tematyka może być ta sama, każdy z nich to odrębny utwór. Dlatego wydaje się, że częściej wybieraną drogą powinna być inspiracja, a nie naśladownictwo, pójście na całość, a nie spoczywanie na laurach.Mimo że autor Sztuki komiksu nie daje jednoznacznych argumentów za lub przeciw w kwestii kiczowatości komiksu, samo zakończenie tekstu może dawać naprowadzać na odpowiedź. Jak każdy twórca,Toeplitz zaryzykował pisząc o sztuce za sztukę u nas nieuważanej. Oczywiście,już wytyczoną ścieżką byłoby łatwiej pójść, ale po co? To samo pytanie zdaje się zadawać twórcom, odbiorcom i krytykom komiksu, a odpowiedź na nie może być jednocześnie opowiedzeniem się za jego niewidzialnością lub przeciw niej. Pozwala też  i odpowiedzią na pytanie o sens zajmowania się komiksem.

* Tak naprawdę robił mnóstwo rzeczy, ale nie chciałem zajmować nimi miejsca – wybrałem najważniejsze dla tekstu.

** Podpisuję się pod tym.

*** Pod tym już raczej nie.

Korzystałem z: K.T. Toeplitz, Sztuka komiksu, Czytelnik, Warszawa 1985
i z: W. Morris, Sztuki niższe, Kraków 1902.