Serca ciemności

Wszystkie wydarzenia w Kongu Toma Tiraboski i Christiana Perrissina rozgrywają się wokół rzeki. Nie tylko tej dosłownej – prowadzący w głąb lądu szlak kształtuje też umysły kolonizatorów na kształt statków płynących po nieznanych wodach. Naraża ich tym samym na niebezpieczeństwo: kiedy któryś z nich traci czujność, osiada na mieliźnie, na zawsze pozostając w dżungli.

Rzeka decyduje o życiu lub śmierci, o rozkwitaniu i upadku kolejnych faktorii, o sukcesie lub porażce. Rzeka daje nadzieję, ale też zdradza, zarówno miejscowych, jak i przybyszów. Tym pierwszym obiecuje szybki zarobek i odbiera zmysły, tym drugim zwiastuje niewolę wraz z każdym kopcącym statkiem pełnym spoconych białych ludzi. Rzeka staje się miejscem spotkania dwóch obcych światów, z którego jeden wychodzi zwycięski, a drugi przegrany – często trudno jednak powiedzieć, kto należy do której grupy.

Do takiego miejsca trafia Józef Korzeniowski*, tymczasowo bezrobotny marynarz szukający zarobku, który chce jednocześnie zaspokoić swoje pragnienie podróżowania do odległych miejsc. Trafia jednak do miejsca na wskroś europejskiego, nawet bardziej niż sama Europa. Podczas podróży widzi nie tylko konfrontację wszystkich założeń projektów kolonizacyjnych z rzeczywistością, ale też ludzi starających się zachować swoją tożsamość – na którą, o dziwo, silniejszy wpływ mają inni przybysze, tworzący kulturowy i ideologiczny tygiel, niż niema dżungla, zdająca się w pierwszej chwili głównym zagrożeniem.

Bądź co bądź, to przed nią ostrzegani są na każdym kroku jeszcze przed wyjazdem zarówno Korzeniowski, jak i Marlow z Jądra ciemności. Argumenty jeszcze przed wyruszeniem bywają głównie natury zdrowotnej – zabójcze upały i słońce świecące bez przerwy mają doprowadzać ludzi do szaleństwa. W historii Marlowa głównym wrogiem człowieka okazuje się jednak on sam – dżungla, całkowicie obojętna wobec zabiegów kolonizatorów, odwieczna i niezgłębiona, ukazuje ludziom pewnym swojej potęgi ich własną śmieszność i brak znaczenia. Samotni przybywają, są pozostawieni samym sobie na miejscu i nikt nie żałuje, kiedy odchodzą. Dżungla trwa.

Podobnie samotni są wszyscy przybywający do Konga w komiksie Tiraboski i Perrisina, ale wrogiem okazuje się tu drugi człowiek. Kolonia staje się jedynie sceną, na której rozgrywają się mniejsze i większe intrygi, próbuje się realizować ambicje, toczą się rozgrywki o władzę i wpływy. Korzeniowski obraca się głównie wśród ludzi grających w tę grę – nawet jeśli trafia między miejscowych, zawsze robi to w towarzystwie kogoś z misji. Chcąc nie chcąc staje się przedstawicielem ludzi, od których stara się odciąć i którymi pogardza, ale od których zależy jego zarobek – i musi z nimi spędzać niemal cały czas, opierając się ich szkodliwemu wpływowi.

Podążając śladem Korzeniowskiego, osaczonego przez cudze słowa i myśli, poznajemy Kongo jako miejsce niebędące miejscem, pustą kartkę, którą dopiero trzeba zapisać, podporządkować swoim celom. Dżungla okazuje się jednak zbyt potężna, a ludzkie ambicje zbyt błahe i zbyt śmieszne, żeby można było zawładnąć tą ponadczasową przestrzenią. To, co jeszcze w Europie wydawało się (i, jak udowadnia postać wujenki Korzeniowskiego, wydaje się nadal) światłym, przełomowym projektem mającym rozświetlać mrok, na miejscu okazuje się błotnistą mieszanką własnych interesów, a współpraca sięga jedynie tak daleko, jak może to przynieść komukolwiek zysk.

Dlatego wydaje się, że najlepiej porównać ludzi przybywających do Konga do statku na rzece: zamkniętego świata o wyraźnie wyznaczonych granicach, których nikt nie zamierza przekraczać, ani z jednej, ani z drugiej strony. Tak jak on, każdy z przybyszów „przepływa” wśród dżungli, traktując ją jako krajobraz, jako przedmiot, który dopiero trzeba powołać do istnienia przez samo zauważenie jego obecności, przez nadanie mu swojego sensu. Zdążając ku swojemu celowi, nie staje ani na moment, jeśli nie ma w tym żadnego interesu, zdany sam na siebie.

Porównanie do statku pozwala też dostrzec zagrożenie czyhające na każdego przybysza z głową pełną abstrakcyjnych projektów i pragnieniem ich zrealizowania za wszelką cenę – mielizny, na których łatwo może osiąść. Są nimi w tym przypadku ludzie, którzy próbują narzucić swoje poglądy i swój sposób życia w dżungli, wypaczone przez trudy przetrwania i własne błędne decyzje. Jako mielizny należą już do samej dżungli, która powoli i nieubłaganie zmienia ich charaktery. Z czasem korupcja, okrucieństwo, poczucie wszechwładzy i godzenie się na bylejakość stają się czymś powszednim i oczywistym, a co gorsza – przedstawianym jako konieczne do przeżycia w kolonii. Po każdej z postaci w komiksie, która stała się po części dżunglą, widać, że już z niej nie odejdzie. Nie jest tak, że to, co wydarzyło się w Kongu, pozostaje w Kongu, wręcz przeciwnie – zmiana, która zaszła w człowieku, będzie trwała, a to, co się wydarzyło, towarzyszy do końca życia.

Jedynym sposobem na oparcie się zmianie wydaje się inna skrajność – kurczowe trzymanie się wszystkiego tego, co stanowiło o tożsamości człowieka przed wyjazdem. Komiksowy Korzeniowski dystansuje się od ludzi, którym przeszkadza to, że nie korzysta ze „swobody”, jaką oferuje Kongo, utrzymuje żywy kontakt z wujenką, prowadzi niekończące się zapiski, w końcu – manifestuje przy każdej nadarzającej się okazji swoje szlacheckie pochodzenie. Stara się w ten sposób okazać, że nie jest taki, jak reszta, zachować swoją relację z innymi kolonizatorami tylko na płaszczyźnie zawodowej; mimowolnie staje się jednak kolejnym Europejczykiem eksploatującym Kongo i walczącym o przetrwanie wśród ludzi próbujących go zmienić, przeciągnąć na swoją stronę.

Ucieczka przed nimi wydaje się jednak niemal niemożliwa. W konfrontacji z dżunglą, określoną przez jedną z postaci jako przestrzeń bez pamięci, miejsce powrotu, do którego Europejczycy stracili już dostęp, okazuje się, na jak sztucznych i kruchych podstawach ich tożsamość jest budowana. Rzecz jednak w tym, że kiedy padają, każdy stara się pociągnąć jak najwięcej osób za sobą. Prawdziwą ciemnością w Kongu jest nie tyle dżungla, ile złudzenia ludzi do niego przybywających. Tkwienie w swoim świecie nie pozwala dostrzec, że dotychczasowe zasady nie mają zastosowania w zmienionych warunkach, a utkwienie na mieliźnie – ich utrata bez nadziei na coś w zamian – pozwala to dostrzec dopiero, gdy jest już za późno, żeby zawrócić.

*Będę się posługiwał formą z polskiego tłumaczenia komiksu.

Ilustracje pochodzą z: T. Tirabosco, Ch. Perrissin, Kongo, tłum. Krzysztof Umiński, Kultura Gniewu, Warszawa 2017.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *