Świat w twoich rękach

Ktoś kiedyś opowiedział mi, że polonistka w jego szkole tępiła wśród swoich uczniów i uczennic gestykulację – podobno uważała, że jeśli potrzebujesz rąk, żeby o czymś opowiedzieć, masz zbyt ubogie słownictwo. Przybysz Shauna Tana odwraca tę tezę: w przegadanym świecie to właśnie gest jest nośnikiem prawdziwych znaczeń.

Sytuacja ze szkoły jest niby śmieszna, ale, jak się nad tym zastanowić, trochę trudna do wyobrażenia; w jaki sposób dochodzi się do takiej koncepcji, skoro wzmacnianie przekazu rękami, ruchami głowy i w ogóle całego ciała jest czymś absolutnie normalnym? Zwłaszcza w sytuacjach stresowych, jak na przykład odpowiedź ustna na lekcji polskiego, gestykulacja pozwala uwolnić część napięcia, stworzyć dla siebie przestrzeń, skonkretyzować myśli, sprawić, że druga osoba będzie bardziej zaangażowana w to, co mówisz (siebie też łatwiej w ten sposób zaangażować w to, co się mówi). Bycie gadającą głową jest nie tylko niewygodne, ale i ograniczające, a co za tym idzie – wzbudza większy niepokój. Wydaje mi się, że skoro ludzkie doświadczanie świata opiera się w tak dużej mierze na wzroku, przekazywanie myśli nie może nie być wspomagane jakimś materiałem wizualnym, nawet jeśli chodzi o zrobienie obrazu z osoby mówiącej; po prostu opowiadaj, ale też pokaż.

Przybysz Shauna Tana tworzy sztukę z podejścia do człowieka jako przede wszystkim obiektu istniejącego w świecie fizycznie, a nie tylko za pośrednictwem tego, co mówi. Komiks całkowicie pozbawiony zrozumiałych słów opowiada o człowieku, który ucieka z miasta opanowanego przez tajemniczą, przypominającą smoka siłę, i migruje za ocean, żeby zacząć życie od nowa i ściągnąć resztę swojej rodziny. Trafia jednak do świata, który różni się niemal pod każdym możliwym względem od tego, który znał. Życie miasta, jedzenie, zwierzęta, ubrania, organizacja przestrzeni, sprzęty domowe… nic z tego do niego nie przemawia, wszystko jest obce, nieznajome. Dzięki temu, że protagonistą jest ktoś spoza tego świata, jesteśmy wręcz zachęcan_, żeby nie próbować zrozumieć świata, do którego trafia, ale spoglądać na niego cały czas ze zdziwieniem, odkrywać wraz z przybyszem jego tajemnice krok po kroku, nie pozbywając się przy tym świadomości, że „oczywiste” i „naturalne” to słowa zmieniające znaczenia w zależności od czasu, miejsca i sytuacji. Tan idzie jednak o krok dalej, kwestionując samą wystarczalność komiksowych środków wyrazu, które dotychczas mieliśmy za nieodłączną część konwencji.

Na granicy słów

Dzięki Przybyszowi można dostrzec, jak często wpadamy – osoby tworzące i czytające – w pułapkę myślenia, że sceny, w których jesteśmy sam na sam z postacią, kiedy mamy poznać jej bardziej skryte myśli, dowiedzieć się czegoś o jej emocjach, ogólnie chwile prywatne, intymne w sensie znikania całego świata, żeby nic nie odciągało uwagi od postaci – że wiążą się one zazwyczaj ze zbliżeniem na twarz. Ma to oczywiście dużo sensu, przecież to na nią patrzymy, kiedy chcemy nawiązać lub podtrzymać z kimś kontakt, na niej najwyraźniej chyba widać, co dana osoba czuje, to z niej przez usta wychodzą słowa wyrażające czyjąś interpretację świata. Komiks, jako wizualna forma ekspresji, dosłownie wiąże wypowiedzi postaci z ich głowami za pomocą dymków. Jeśli ich nie ma, siłą rozpędu koncentrujemy się na twarzach, żeby odczytać przekaz i nadać kontekst wydarzeniom, które po prostu się dzieją.

Opowiedzieć siebie to potwierdzić swoje istnienie.

Kiedy jednak słów brakuje z założenia, łatwo się pogubić. Skąd wziąć ramę koncepcyjną dla tego, co się dzieje, gdzie jest sens, wytłumaczenie wydarzeń, kontekst dla nich? I, co wydaje mi się najważniejsze, skąd mamy wiedzieć, co myślą postacie uwikłane w wydarzenia? Brak dymków czy w ogóle jakiegokolwiek oznaczenia wypowiedzi zaburza porządek i odciąga od dominacji twarzy, sprawiając, że znaczeń musimy szukać gdzie indziej.

Dla przybysza cały nowy świat jest w jakimś sensie niemy. Kiedy słowa nie mają znaczeń, stają się po prostu jednymi z dźwięków tła, przestają być istotne. Oczywiście nie jest tak, że postacie w Przybyszu nie mówią nic – ich rozmowy nie wydają się jednak na tyle ważne, że powinny być wydzielane z obrazu całości. Dla samego migranta także wydają się bardziej mącić niż cokolwiek wyjaśniać – w komiksie Tana jesteśmy świadkami bardzo ekspresyjnych rozmów, opowieści, monologów, ale czuć, jak kanciaste muszą to być dyskusje, jak wiele z nich umyka, jak wiele pojawia się okazji do nieporozumień. Z drugiej strony na pierwszy plan w tej sytuacji wybija się metafora jako sposób opowiadania o czymś, na co nie ma słów, o doświadczeniach, których nie podziela nikt inny z drugiego krańca świata, na którym nagle znalazł się przybysz. Opowiedzieć siebie to potwierdzić swoje istnienie, stąd historie o gigantach z lejami plującymi ogniem, dziecięce wspomnienia o niekończących się kotłowniach, w których pali się węglem, wreszcie sam obraz smoka, który rządzi miastem i rzuca na nie cień, mimo że samego gada nigdy nie widać. Zastanawianie się nad tym, co z tego było możliwe, a co nie, nie wydaje się w tym przypadku właściwe – słów nie zawsze używamy w słownikowych znaczeniach, ale nadajemy im nowe, bardziej odpowiednie. Omijamy barierę językową, żeby sięgnąć głębiej, do wyobrażeń (tych wspólnych i tych własnych) i archetypów, żeby spróbować porozumieć się mimo poczucia obcości.

Zresztą przybyszowi cały nowy świat musi wydawać się jedną wielką metaforą, która jest dla niego jeszcze nieuchwytna. W komiksie Tana widać, jak ostre mogą być granice między tym, co znajome, a tym, co niezrozumiałe. Dopiero z czasem to rozgraniczenie zaczyna się rozmywać, kiedy postacie dowiadują się więcej na temat otoczenia czy innych ludzi; jednak przez większość komiksu to co oswojone i zrozumiałe jest małe, możliwe do zabrania ze sobą, zamknięte w przedmiotach i twarzach bliskich. Szczególnie istotne stają się tutaj zbliżenia składające się na serie niewielkich kadrów, które pokazują, z jak wielu pozornie banalnych elementów składa się to, co nazywamy swoim życiem. Wspólny posiłek, zdjęcie, czajnik, kubek, gazeciarz, akordeonista – z jednej strony dostajemy kontrast oparty na tym, że podobne przedmioty w nowej odsłonie tylko pogłębiają poczucie zagubienia (składają się na codzienność innych, ale nie własną), ale są też punktami zaczepienia w monumentalnych krajobrazach niezrozumiałego świata. Rodzinne miasto staje się obce, kiedy panuje nad nim smok, każda dzielnica nowego miejsca jest zorganizowana tajemniczych założeń, nawet wycieczka do parku okazuje się przygodą.

Uzależnieni od gadania

To, co nas otacza, pozostaje niezrozumiałe, dopóki nie spróbujemy tego poznać, a u Tana właśnie działanie, a nie słowa, są kluczowe dla wejścia w nowy świat. Ta koncepcja wymaga wręcz uciszenia swoich postaci, żeby mogły wyjść ze swoich przyzwyczajeń w sytuacji, w której dawne schematy przestają działać. Trzeba pozostawić siebie gdzieś na boku i po czubek głowy zanurzyć się w nowej rzeczywistości, bo im więcej stawiamy barier między sobą a nią, tym trudniej pozwolić, żeby stała się częścią nas, a my jej.

Paradoksalnie, okazuje się, że słowa w naszych wypowiedziach właśnie raczej utrudniają taki proces. Nie chodzi tylko o najbardziej oczywistą rzecz, czyli niezrozumienie mowy innych i bycie niezrozumianym przez nich, jak to wiele razy się dzieje na początku opowieści, ale i o sam sposób postrzegania swojego miejsca w świecie. Wydaje mi się, że przeniesienie środka ekspresji z mowy na działanie, zwłaszcza dłońmi, zmienia niemal całkowicie to, w jaki sposób widzimy siebie i innych. Słowa wydają się bardziej zwrotne, odnoszące zawsze do osoby je wypowiadającej – dzięki nim wyrażamy swoje zdanie, swoje emocje, staramy się wpłynąć na otoczenie, ale raczej na jego abstrakcyjną płaszczyznę, a nie to, co nie namacalne. Kiedy mówimy, kierujemy siebie na zewnątrz i nie ma aż tak dużego znaczenia, do kogo są skierowane nasze słowa, ważne żeby wydostały się poza osobę mówiącą. Jest w tej myśli trochę goryczy, ale nie bez powodu najtrudniejszą rzeczą i najrzadszą umiejętnością jest słuchanie innych – ludzie po prostu uwielbiają dźwięk swojego głosu i opowiadać siebie innym i nie ma w tym nic złego, dopóki nie stanie się to jedynym sposobem ich interakcji ze światem, dopóki świat nie zostanie koncepcyjnie zredukowany do roli tylko słuchacza.

Komiksy odzwierciedlają tę dominację słowa w formie dymków i tego, że w ogóle trudno wyobrazić sobie komiks bez nich. Dochodzi do dość dziwnej sytuacji, bo z jednej strony w wszystko dąży w nim do bycia grafiką, więc mówienie osobno o obrazie i tekście nie bardzo ma sens, skoro tekst jest tu częścią obrazu, a jego rozmiar, krój, kolor i tak dalej oddają funkcjonowanie słowa w fikcyjnym świecie. Z drugiej strony dymek to przestrzeń uprzywilejowania, biała (najczęściej) plama pozostała po usuniętym obrazie, żeby zrobić miejsce dla wypowiedzi, która potrzebuje braku tła, a jednocześnie narzuca uwzględnienie takiego braku w kadrze. Widać to szczególnie dobrze w sytuacjach, o których wspomniałem wcześniej, czyli zbliżeniach mających stworzyć atmosferę prywatności: zredukowanie scenerii do pustego pola czy pojedynczych kształtów ma na celu skupienie uwagi na postaci… i na jej słowach. Nie chodzi już nawet o mimikę czy gestykulację – tym, co często komiks wiąże z bliskością czy ekspresją prawdziwych myśli i emocji, są słowa, nie działania; w takim zbliżeniu pozostaje miejsce jedynie na najbardziej kluczowe elementy narracji, a skoro oprócz postaci są to wypowiadane przez nią słowa, widać, jak silna jest to zależność.

Dotknij swoich wspomnień

Wspomniałem wcześniej o działaniu, więc teraz do niego wrócę, bo to dla mnie najważniejsza kwestia, kiedy mówimy o tym, jak głęboko Przybysz podważa komiksowe konwencje, ale nie po to, żeby je tylko zanegować, ale przedefiniować. Działanie, inaczej niż słowa, nie jest tylko potencjalnością, nie można nim dowolnie żonglować, bawić się jak retoryką; działanie nie kłamie, nie zwodzi, nie jest niejednoznaczne – robisz coś i to zostaje zrobione. Dla Tanowskiego migranta udział w tej bardziej abstrakcyjnej warstwie życia w nowym miejscu jest z początku zablokowany; jako że opiera się na słowach, które zdają się być wszędzie w nowym miejscu, nieznajomość języka oznacza niemal całkowite wykluczenie. Mężczyzna otrzymuje jednak zupełnie inną możliwość – ma szansę dotknąć nowego świata takiego, jakim jest, wchodzić z nim nieustannie w bezpośrednią interakcję, zmieniać go i siebie pod jego wpływem.

Dotyk oznacza intencję przerodzoną w działanie, wyrażenie siebie nie kierowane gdzieś ogólnie w przestrzeń, ale na konkretny obiekt, który istnieje tak samo fizycznie jak osoba dotykająca. Ruch oznacza podjętą decyzję, która okazała się na tyle istotna, że z abstrakcji przerodziła się w konkret i nawet robienie czegoś w zamyśleniu czy zagubieniu zobowiązuje, bo wyklucza robienie w tym samym czasie czegoś innego. Migrant wyrusza w świat, żeby poszukać lepszego miejsca, co samo w sobie jest jedną z najodważniejszych decyzji, a dotykając wciąż wszystkiego naokoło zarówno oswaja się z nowym miejscem, jak i powraca myślami do rodziny. Sekwencje związane z rodzinnym zdjęciem są szczególnie poruszające, kiedy widzimy, jak mężczyzna pieczołowicie zabezpiecza je przed włożeniem do walizki, kiedy wyjmuje je, żeby powspominać podczas podróży, kiedy wiesza je w nowym mieszkaniu. Wszystkie te momenty nie zawierają w sobie ani słów, ani zbliżeń na twarz, dzięki czemu stają się o wiele bardziej poruszające. To, w jaki sposób ułożone są palce i co robią z tym zdjęciem zdradza, jak wiele ładunku emocjonalnego i jak wiele historii może zawierać w sobie jeden przedmiot, który istnieje zarazem jako on sam, ale jest też czymś o wiele więcej od samego siebie.

Działanie, inaczej niż słowa, nie jest tylko potencjalnością.

Podobnie zresztą w przypadku sceny, w której mężczyzna otwiera walizkę, żeby znaleźć w niej wspomnienie domu przedstawione jako zmniejszoną wersję jadalni. Można by to pokazać z udziałem słów, tak żeby postać nadała scenie jakiś kontekst wypowiedzią, ale nie chodzi o to, żeby człowiek pogrążył się we wspomnieniach, ale żeby pokazać, że nawet najmniejsze przedmioty mogą stać się pamiątkami najważniejszymi na świecie, zapewnić połączenie z domem, stworzyć relację o wiele bardziej skomplikowaną niż pokazanie słów czy myśli. To immersja, która nie potrzebuje pośredników. Nie mamy skupić się na czyimś świecie wewnętrznym, ale na jej relacjach, więc wykluczanie części scenerii na rzecz podkreślenia postaci byłoby zupełnie bez sensu; pokazanie jej od tyłu, a zarazem jako część całej sceny, pozwala na stworzenie atmosfery prywatności, w której osoba czytająca jest tylko gościem, jeśli nie intruzem zaglądającym przez ramię. Mężczyzna dzięki takiemu skomponowaniu kadru pozostaje częścią swojego świata, wiąże się nie tylko z myślą ukrytą w przedmiocie, ale też z samym obiektem, jego twardością, fakturą, niedoskonałościami – w końcu walizka towarzyszy mu od początku podróży.

Świat przegadany

Mimo braku wypowiedzi na pierwszym planie Tan składa w Przybyszu gorzki hołd słowu jako materiałowi, z którego stworzony jest świat. Znaki składające się (chyba?) na słowa gładko przechodzą w inne symbole, stają się częściami pomników i budynków, zyskują i tracą znaczenie, nie wiadomo, na które jeszcze powinno zwracać się uwagę, a które są po prostu np. pęknięciem w płycie chodnikowej. Słowa przenikają wszystko dookoła w nowym świecie, ale w takim ich natłoku trudno się odnaleźć – świat zbudowany ze słów nie znaczy często nic więcej poza swoimi słowami. W takim świecie ludzie sami muszą szukać własnego sensu i tworzyć własną przestrzeń. Dotyk i gesty pomagają też w tworzeniu przestrzeni na własnych warunkach. Świat, do którego trafia przybysz, jest przerażająco przegadany, ale nie ma w nim żadnej treści, z którą mógłby się identyfikować, o którą mógłby się zahaczyć w innym miejscu.

Lekarstwem na przegadanie jest właśnie działanie i to dzięki wędrówkom, metodzie prób i błędów oraz – co najważniejsze – spotkaniom z ludźmi mężczyzna staje się nie tyle częścią nowego miejsca, ile tworzy własną przestrzeń w nowym świecie. To w gestach innych osób czy wobec ludzi kryje się prawdziwy sens oswajania miejsca; moimi ulubionymi sekwencjami są opowieść o spotkaniu z człowiekiem mieszkającym na wyspie, który zaprasza przybysza do swojego domu, oraz ta z weteranem wojennym poznanym w fabryce, w towarzystwie którego spędza popołudnie w parku. To właśnie w takich scenach najlepiej widać przemianę: uciekinier powoli zostawia za sobą przeszłość, nie odcina się od niej, ale nie pozwala jej już rzucać cienia na swoje życie.

Zabawna scena na wybrzeżu, kiedy przybysz myli ogon kota schowanego w wazie z ogonem smoka, to świadectwo czegoś więcej. Nowopoznany człowiek, który także był przybyszem, pokazuje, że nie ma się czego bać, a samo źródło lęku nagle zyskuje materialną formę, pomaga zyskać kontrolę nad wspomnieniami o niewidzianym nigdy smoku, analogicznie jak w przypadku lekcji Remusa Lupina o boginach w jednej z części serii o Harrym Potterze. Podkreślona zostaje jednocześnie waga zwykłych gestów – zyskują na znaczeniu właśnie dzięki temu, że sprawiają, że coś staje się namacalne, zdolne do ogarnięcia rozumem, a nie pozostaje jedynie w sferze wyobraźni, podatne na manipulacje, zwiększające się pod wpływem strachu.

Gest pozwalają przejąć na chwilę kontrolę nad przestrzenią dookoła siebie.

Wszechobecne pismo wydaje się w komiksie Tana jednocześnie natrętne i obojętne – w pierwszym przypadku narzuca pewien określony sposób opowiadania o świecie, w drugim nie pozwala zawrzeć w sobie doświadczeń, na które nie ma w nim słów. Ograniczenie słowa staje się jednak szansą dla ekspresji niewerbalnej; szczególnie dramatycznym przykładem wydaje mi się opowieść człowieka z wyspy, o której wiemy, ze będzie dramatyczna jeszcze zanim się zacznie. Rozczapierzone palce, ręce uniesione w geście oznaczającym ogrom wymykający się rozumowaniu, a przez to przerażający, szeroko otwarte oczy wpatrzone w niebo, a w nich po chwili obraz płomieni – to tylko trzy małe kadry, a mówią więcej niż próba opisania tego słowami. Dzięki tym pozom mającym w komiksie Tana taką samą wagę jak wyraz twarzy postaci słuchacz może uczestniczyć w świecie wyobraźni lub wspomnień osoby opowiadającej. Gesty pozwalają przejąć na chwilę kontrolę nad przestrzenią dookoła siebie, żeby przywołać obraz, figurę, zdarzenie – bez wyciągniętych w emocjach, a jednocześnie bezbronnie ramion, pokazujących ogrom, kierunek, potęgę najeźdźcy, historia byłaby jedynie relacjonowanym wspomnieniem, ale tu staje się światem w świecie, czymś dostępnym tylko opowiadającemu i słuchaczowi, co od teraz pozostanie z nimi jako część ich rzeczywistości niedostępnej innym na podobnej zasadzie jak dla nich na razie niedostępne jest pismo.

Wydaje mi się, że dzięki temu Przybysz Tana wzbudza tak wielkie emocje – dzięki uniezależnieniu się od słów sięga po środki ekspresji dostępne wszystkim, po metafory zrozumiałe niemal dla każdego człowieka, angażuje do stworzenia opowieści wszystko, co tylko się da, byle nie wracać do słownej strefy komfortu. Rezultat jest oszałamiający, autor pokazuje coś, o czym mam wrażenie zapomnieliśmy: że wszystko jest opowieścią i wszystko do stworzenia opowieści może zostać użyte. Opierając się tylko na słowach lub pozwalając się im zdominować, izolujemy się od świata, tworzymy sztuczne rozróżnienie „ja” i „cała reszta”, podczas gdy cały świat jest opowieścią, której jesteśmy częścią i tylko od nas zależy, jaką odegramy w niej rolę, czy skupimy się na sobie, czy pozwolimy, żeby tworzona przez nas historia wpłynęła na otoczenie i mogła przez nie zostać ukształtowana.

Shaun Tan, Przybysz, tłum. Wojciech Góralczyk, Warszawa: Kultura Gniewu, 2021.