Sepia po horyzont

Przedstawienie świata po apokalipsie jest trudniejszym zadaniem niż może się wydawać. Nie wystarczy wszystkiego zasypać piaskiem, pokryć odłamkami szkła i przerdzewiałą stalą, zamrozić na kość pod grubą warstwą śniegu czy pokryć wulkanicznym lub radioaktywnym pyłem. Dogłębnego przemyślenia wymaga wiele innych spraw, na przykład kwestia kolorów.

Każdy szanujący się świat przyszłości ma charakterystyczną dla siebie kolorystykę. Taka, a nie inna paleta barw odgrywa szczególną rolę w tych, które swój koniec mają już za sobą i stały się nie tyle przestrzenią anarchii, pozbawioną zasad, ile ziemią niczyją, z wciąż zmieniającymi się regułami. Stare kategorie przeminęły wraz ze starym porządkiem, ale nowe dopiero powstają, są dopiero przymierzane do nowej rzeczywistości. Dlatego tak często postapokalipsy przypominają wszelkiego rodzaju pogranicza rządzone przez różnego rodzaju watażków, którzy jednego dnia chwytają się władzy, żeby następnego ją stracić. Koniec świata to poszukiwanie nowego języka, którym można by zorganizować i opisać rzeczywistość.

To samo dotyczy tak (pozornie) błahej sprawy jak kolory. Na co dzień jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że każda rzecz ma przypisane sobie barwy; w pewnym momencie zaczynamy to postrzegać jako oczywistość, niemal przestajemy to zauważać. Stają się integralną częścią przedmiotów, ich właściwością – zielone liście, srebrna stal, błękitne niebo – tracąc przy tym niejednoznaczność i symbolikę. Odzyskują je jednak w postapokaliptycznym świecie, w którym wszystkie dotychczasowe zasady przestają funkcjonować. Kolory nie są już częścią znajomej, oswojonej rzeczywistości, zwykłymi upiększaczami, ale służą do wykreowania świata wrogiego i tajemniczego, w którym człowiek jest samotny i pozostawiony sam sobie.

Wodnym świecie Kevina Reynoldsa błękit staje się synonimem bezkresnej przestrzeni, której nie da się opuścić, ujarzmić czy zrozumieć. Rzeczywistością Matriksa rządzi zieleń, w tym przypadku kolor nie nadziei, ale zniewolenia i uzależnienia od technologii służącej zarówno do zniewolenia ludzi, jak i negocjowania przez nich swojego miejsca w świecie, kwestię przetrwania we wrogim świecie, a nie odzyskania nad nim kontroli. Pustynne krajobrazy Mad Maksa i jemu podobnych światów to beż i brąz, które wymazują inne kolory i  wszystko, co dotychczas stworzyli ludzie – koniec świata to nowy początek w świecie zrównanym z ziemią, pustej przestrzeni. Ciemność przecinana sztucznymi światłami w uniwersum Metra to wspomnienie upadłej cywilizacji i tworzonej przez nią iluzji, że ludzie – zmuszeni do życia w ukryciu – mieli nad czymkolwiek kontrolę.

Wszystkie te przestrzenie, pozornie tak od siebie różne, łączy jedno – jakiś etap został w nich definitywnie zamknięty. To światy bez przeszłości czy przyszłości, w których najważniejsza staje się chwila obecna, a kwestia przetrwania z dnia na dzień pochłania niemal całą uwagę i wysiłek. Marcin Podolec w serii Bajka na końcu świata idzie jednak pod prąd konwencji – wykorzystując znane już chwyty, na pierwszym miejscu stawia właśnie to co minęło i to, co ma dopiero nadejść, a nie teraźniejszość.

Świat, który przemierzają Wiktoria i Bajka w poszukiwaniu swoich rodziców, nie jest jedynie efektowną, zrujnowaną scenerią, ale pustą przestrzenią wypełnianą przez podróżniczki swoimi wspomnieniami i nadziejami. Otoczenie pozbawione dotychczasowych znaczeń nie tyle staje się miejscem, które trzeba jak najszybciej opuścić, ile wciąż odsyła do utraconego życia. Las to już nie przyjemne miejsce na spacer, ale martwa kraina z sennego koszmaru, a cukiernia zapewnia prowiant podnoszący morale podczas trudnej podróży, a nie smakołyki mające jedynie sprawić przyjemność. Opuszczone i zniszczone domy, zwłaszcza dla Bajki, nie są już ciepłe i bezpieczne, zamieszkują je dziwaczne stworzenia takie jak zepsute spaghetti czy ciastka, które chcą zostać zjedzone.

Ta relacja z przeszłością, oddawana w komiksie Podolca właśnie za pomocą kolorów, sprawia, że przedstawiony świat ma pewną ciągłość, a to, co minęło, chwila obecna i to, co nadejdzie na bieżąco się przeplata i kształtuje losy podróżniczek. Świat materialny został utrzymany w delikatnej sepii, która wygasza wszystkie inne kolory, np. czapki Wiktorii, która jest czerwona, ale nie do końca. Sprawia to, że wszelkie artefakty przeszłości, jak zrujnowane miasta czy zepsute samochody, wtapiają się w pustynny krajobraz, stają się jego elementami na równi z hałdami piachu czy tajemniczym dymem ulatującym z dziur w ziemi. To, co miało jakiekolwiek funkcje przed katastrofą, teraz jest tylko elementem tła, które należy do życia Wiktorii i Bajki na podobnych zasadach co drzewo czy kamień – można się za nimi schować, ale niewiele poza tym.

Podróżniczki także zostały zresztą przedstawione przy użyciu palety przygaszonych, przybrudzonych kolorów, co świadczy o tym, że w świecie po apokalipsie funkcjonują one w przestrzeni „gdzieś pomiędzy”. Nowy świat pozbawiony barw to stagnacja i rozpad, któremu poddają się przedmioty i – jak można przypuszczać – stworzenia, które ostatecznie ogarnie apatia. Stary zaś, powracający we wspomnieniach, to rzeczywistość żywych, soczystych kolorów, pobudzenia zmysłów, życia, zmiany, dynamizmu – zieleń roślin czy błękit nieba i deszczu oznaczają, że świat istnieje w wielu różnych formach i przez cały czas coś się kończy i zaczyna. Jednak w momencie, w którym wszystko jest takie samo, niebo niespecjalnie różni się od ziemi, a pora deszczowa od bezdeszczowej, trudno mieć nadzieję na zmianę.

Właśnie dlatego kolory, kiedy pojawiają się już w tym bezbarwnym świecie, zyskują wyjątkowe znaczenie dla Weroniki i Bajki, stając się jednocześnie źródłem nadziei i żalu. Kiedy podróżniczki trafiają do tajemniczego ogrodu pilnowanego przez tapira, mogą odpocząć wśród soczyście zielonych gęstych zarośli czy wykąpać się w czystej wodzie, ale świat na zewnątrz nie przestaje istnieć i jego nijakość staje się jeszcze wyrazistsza w porównaniu z ogrodem. Dobrze widać to w scenie, w której podróżniczki trafiają na pęd wyrastający z pękniętego asfaltu. Dzielą się z nim wodą i decydują zostać przy nim dłuższą chwilę; podobnie jak ognisko w nocy sama obecność rośliny odpędza otaczającą ciemność, do której trzeba koniec końców powrócić.

Pojawiające się z rzadka kolory jednocześnie łagodzą napięcie wynikające z tego, że Wiktoria i Bajka wbrew swojej woli żyją w świecie, w którym wolałyby się nie znajdować – przypominają, że jednak nie wszystko stracone – ale jednocześnie wprowadzają żal związany ze wspomnieniami. To przeszłość była barwna, bezpieczna i przyjazna, ale została niemal bezpowrotnie utracona. Mimo że wspólna wędrówka staje się okazją do nawiązania przyjaźni tak silnej, że podczas lektury trudno się nie wzruszyć, nie ma wątpliwości, że Wiktoria i Bajka zostały naznaczone sepią. Nawet jeśli u kresu swojej podróży znajdą to, czego szukają (za co trzymam kciuki – w momencie, w który to piszę, jeszcze wędrują), Wiktoria nie będzie już tą samą osobą co kiedyś, podobnie jak Bajka nie będzie już tym samym psem. Pojawiające się co jakiś czas wspomnienia zdają się o tym dobitnie przypominać i sprawiają, że tułaczka staje się tym trudniejsza – apokalipsa i związane z nią trudy, decyzje i zawody sprawiają, że to wspomnienia życia sprzed katastrofy stają się największym ciężarem, podobnie jak mogą stać się nim potem wspomnienia podróży przez zniszczony świat.

Marcin Podolec, śledząc losy Wiktorii i Bajki, tworzy historię głębszą i więcej mówiącą niż wiele „dorosłych” opowieści o końcu cywilizacji. Seria Bajka na końcu świata udowadnia, że postapokaliptyczna przestrzeń jest nie tyle okazją do popisania się kunsztem w kreowaniu obrazów destrukcji i degrengolady moralnej, ile do opowiadania o tym, co tak naprawdę dzieje się, kiedy rzeczywistość traci barwy i wypada z dotychczasowych ram. Brak wyraźnych kategorii i jasno określonych zasad sprawia, że świat po swoim końcu staje się głęboko niejednoznaczny i każdy musi go zrozumieć na własny sposób, bez niczyjej pomocy. Wiktoria i Bajka mają jasno określony cel wędrówki – dotrzeć do rodziców dziewczynki – ale to sama podróż, a nie dotarcie do celu, okazuje się najtrudniejszym wyzwaniem.

Korzystałem z: Marcin Podolec, Bajka na końcu świata (Ostatni ogród, Opuszczony dom, Ożywczy deszcz, Opowieść gołębia), Kultura Gniewu, Warszawa 2017–2019. Ilustracje pochodzą z pierwszego i drugiego tomu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *