Drzwi ogrodu

Louis, Lise i ich syn Joachim mieszkają w gospodarstwie ukrytym pośród lasów i wzgórz. Nie niepokoją ich kłopoty zewnętrznego świata, nieproszeni goście i ciemne strony ludzkiej natury. Życie toczy się z dnia na dzień, żyją z wytworów własnych rąk, zdają się nie potrzebować zewnętrznego świata. Do czasu jednak, kiedy ten zaczyna się o nich upominać.

Akcja Trzech cieni Cyrila Pedrosy nie rozgrywa się w żadnym konkretnym miejscu i czasie. Trudno rozpoznać po imionach, z jakiego kraju mogłyby pochodzić postacie, sceneria także niczego nie podpowiada, sugeruje jeydnie szeroko rozumianą przeszłość sprzed rewolucji przemysłowej. Przestrzeń komiksu przypomina raczej odpowiednik quasi-średniowiecznego fantasy – podskórnie wiemy, o co chodzi, ale nie do końca, bo tak naprawdę mamy tu do czynienia z bezczasową scenerią, wykorzystaną jako narzędzie do opowiedzenia o czymś więcej. Nie chodzi o to, jak coś wygląda, ale co ma wyrazić. A stworzenie przez Pedrosę właśnie takiej przestrzeni sugerującej, ale nieodsyłającej do niczego konkretnego, co pomogłoby zaczepić historię rodziny w świecie rzeczywistym, pozwala stworzyć historię uniwersalną, baśniowo-przypowieściową, którą każdy mógłby zrozumieć na własny sposób, niezależnie od tego, skąd pochodzi.

Po kilkudziesięciu stronach komiksu przyszło mi do głowy, że Trzy cienie, podobnie jak Ye Guilherma Petreki (o którym miałem okazję pisać w lutym), wykorzystują schemat narracyjny Pinokia Carla Collodiego – i wiele rzeczy zaczęło wskakiwać na swoje miejsce. Wiele, ale nie wszystko, bo mimo tego skojarzenia komiks Pedrosy nie jest jedynie retellingiem historii o postaci, która chciała zostać człowiekiem. Podstawowe założenie jest takie samo – odnalezienie człowieczeństwa wymaga doświadczania świata w jego pozytywnych i negatywnych odsłonach – ale autor Trzech cieni splata tę koncepcję z wieloma innymi wątkami, np. relacji ojca z synem, roli przeznaczenia w życiu człowieka i kwestii dorastania pod wpływem doświadczeń, tworząc przy tym wielowymiarową historię, która za każdym razem ukazuje inne swoje oblicze. Komiks Petreki jest jak cebula czy ogry: ma warstwy, a każda kolejna nie tylko odsłania coś nowego i zaskakującego, ale pogłębia też dotychczasowe odbiór i interpretację.

Sposób, w jaki autor nawiązuje do schematu powieści inicjacyjnej, stanowiącego ramę dla całej narracji, komplikuje postrzeganie stworzonego świata i pozycji zajmowanej w nim przez człowieka. Klasyczna historia o dojrzewaniu zakłada podróż młodzieńca, odwiedziny u mentorów czy mistrzów, przygodę – doświadczanie świata i naukę, które pozwalają postaci się rozwijać. U podstaw tego typu fabuł leży przekonanie, że tym bardziej człowiekiem się stajesz, im więcej wiesz i im więcej przeżyłeś. Celowo użyłem tu tylko rodzaju męskiego, bo dotyczyło to głównie mężczyzn, którzy rozwijali się w literaturze w sposób linearny, od doświadczenia do doświadczenia, zaliczając kolejne „etapy”. Inicjacja miała stanowić w ich przypadku przejście z dzieciństwa do dorosłości.

To pozornie klarowne założenie zaczyna się jednak chwiać, kiedy przyjrzeć mu się bliżej. Tak rozumiana opowieść inicjacyjna zakłada, że w ten sposób rozwijają się młodzi mężczyźni (postacie kobiece rozwijały się raczej w fabułach mniej zorientowanych na cel, bardziej wszechstronnie). Dzieci, kobiet i dorosłych schemat nie obejmuje; dopiero pewien wiek i określona płeć upoważniają do przejścia granicy – jednorazowo i bezpowrotnie. Dojrzałość zostaje przedstawiona jako coś, co osiąga się raz. Tymczasem pojawienie się trzech tajemniczych jeźdźców, którzy krążą dookoła gospodarstwa Louisa i Lisy i nie odpowiadają na żadne pytania, wytrąca z przyjemnego, prostego życia nie tylko Joachima, ale też jego rodziców. Każda z postaci rozwija się od tego momentu na swój sposób, przekonując się, że świat jest o wiele bardziej skomplikowany niż się chciało wierzyć. Wszystkie odbywają podróże – Lisa odwiedza znajomą wiedźmę mieszkającą w pobliskim mieście, Louis zabiera syna do miejsca, w którym się urodził, przekonany, że tam nie znajdą ich jeźdźcy, Joachim zaś wyrusza w nieznane i przekonuje się, że świat ma też swoją ciemną, nieznaną chłopcu dotychczas stronę. Każde z nich na swój sposób uświadamia sobie, że ucieczka przed przeznaczeniem – tak ważnym dla świata Trzech cieni – nie ma szans na powodzenie, a jedynie może spowodować więcej problemów. Pedrosa pokazuje, jak różne mogą być nasze postawy wobec nieuchronności losu i, jak w greckiej tragedii, że tak naprawdę nad wieloma rzeczami w życiu nie mamy kontroli, chociaż może nam się wydawać, że jest inaczej.

Ogromną rolę w rozwoju postaci odgrywa w Trzech cieniach podróż i pokazuje, dlaczego historie dążące do uniwersalności najlepiej działają właśnie w nieprzemysłowej scenerii. Opuszczenie dotychczasowego świata wymaga zupełnie innego rodzaju myślenia i planowania – w końcu nie ma pewności, że cokolwiek, co uznawaliśmy za oczywiste w domu, znajdziemy podczas podróży. Wyprawa wymaga dogłębnej refleksji nad tym, co tak naprawdę jest potrzebne do przetrwania, oddzielenia tych najbardziej kluczowych przedmiotów od akcesoriów, pomocnych, ale nie niezbędnych. W podróż człowiek zabiera ze sobą także tylko pewne części swojej tożsamości – wszelkie układy, zobowiązania i relacje, jeśli nie wiążą się z nią bezpośrednio, zostają w miejscu, z którego wyrusza. Bycie w drodze pozwala poczuć się lżejszym/lżejszą, inaczej postrzegać czas i świat. Dlatego właśnie takie sposoby przemieszczania się jak wędrówka, jazda konna czy na rowerze zyskują przewagę nad samochodami, pociągami i samolotami – pozwalają fizycznie i psychicznie odczuć sam akt ruchu. W Trzech cieniach widzimy jedynie urywki pokazujące czytelnikowi/czytelniczce, że podróż trwa, ale pomiędzy kolejnymi kadrami rozciągają się całe godziny, dni i tygodnie, leniwe postoje, mozolne przedzieranie się przez lasy, powolna jazda na ośle, żegluga statkiem. Podróż to trud przeplatający się z odpoczynkiem, zobowiązanie, przeszkody i uśmiechy losu – i, co najważniejsze, czas, którego nie zajmują te same myśli, co przed nią. Możemy zostać sami ze sobą i swoimi myślami, ułożyć sobie wszystko w głowie; podczas swoich podróży Lisa godzi się z nieuchronnością tego, co czeka jej rodzinę, Joachim dojrzewa, a Louis konfrontuje się ze swoimi lękami i hierarchią wartości. Szybsze środki transportu nie dają tej możliwości, nie dają poczuć tego, że jest się w jakimś sensie poza codziennością; ledwo wyruszysz, a już przybywasz, po prostu znajdujesz się w innym punkcie. Czas pomiędzy znika.

Dlatego, mimo że ich życie wydawało się niemal idylliczne, Pedrosa zmusza swoje postacie do opuszczenia przestrzeni znanej, oswojonej, w której panuje równowaga między potrzebami człowieka a środowiskiem, w którym żyje. W miejscu całkowicie przewidywalnym, opanowanym i uporządkowanym niemożliwa jest jakakolwiek zmiana, nie ma miejsca na niespodzianki od losu, które wyrywałyby z wygodnych ram, w których zdążyło się już wymościć. W takich warunkach człowiek zna siebie na tyle, na ile jest to konieczne do funkcjonowania na co dzień i w takich, a nie innych warunkach; nie zachęca to do spojrzenia w głąb siebie, do poddawania w wątpliwość własnego postrzegania świata. Ogród to dobra metafora takiego miejsca: wszystko jest w nim znane, zorganizowane. Nie da się jednak żyć w nim wiecznie, bo ogród to także miejsce zatrzymanego czasu, dający iluzję, że wszystko jest zawsze takie samo i czeka tylko na decyzje ze strony człowieka. Szczęście Louisa, Lisy i Joachima daje im siłę i poczucie oparcia, ale to dopiero próby sprawdzają siłę tego fundamentu, weryfikują jego wystarczalność i zmuszają do zmiany czegoś, co mogło powodować niedostrzegany dotychczas brak. Pedrosa w Trzech cieniach pokazuje właśnie konieczność tego, że nie należy poprzestawać tylko na tym, co teraz wydaje się wystarczające; dopiero docieranie do granic bezpiecznego świata nich i ich przesuwanie pozwala uniknąć stagnacji, rozwijać się i stawać kimś więcej niż tylko tu i teraz.

Ilustracje pochodzą z: Cyril Pedrosa, Trzy cienie, tłum. Katarzyna Koła, Warszawa: Kultura Gniewu, 2015.