Przełomy dni i nocy

Kiedy chcemy przekazać komuś pewną myśl, pierwsze zdania najbardziej zobowiązują. Prawda, nakierowują wypowiedź na określone tory, ułatwiając dalsze ubieranie w słowa niektórych z kłębiących się w głowie obrazów. Jak przekonują się bohaterowie Równonocy Cyrila Pedrosy, moc pierwszych zdań ma jednak swoją cenę – trzeba wiedzieć, o czym chce się rozmawiać, ze wszystkimi tego konsekwencjami.

Wskazówką, która może pomóc zrozumieć problem wyboru pierwszych słów, może być esej Czym jest czytanie. Jose Ortega y Gasset pisze w nim, że każda wypowiedź wymaga pewnego samoograniczenia – jako że nie da się wyrazić wszystkiego, co przychodzi do głowy, trzeba się ograniczyć do małej części tych myśli. Z tej koncepcji wynika pewne niebezpieczeństwo – zastanawiając się nad pierwszym zdaniem, ryzykujemy popadnięcie w samozachwyt nad własnym, jakże bogatym,wnętrzem, które utrudnia rozmowy z ludźmi (bo przecież wszystko, co mam dopowiedzenia, jest ważne!); oczywiście, być może u części osób taki entuzjazm ma swoje uzasadnienie, ale bardziej prawdopodobne, że często po prostu myśli są tak nieuporządkowane, że nie wiadomo, od której zacząć.

Z drugim ze wspomnianych problemów – nadmiernym skłębieniem myśli – zmagają się bohaterowie Równonocy Cyrila Pedrosy; prowadzi ich do zamknięcia się i wyłączenia ze świata. Niemal każdy z przedstawionych wątków, pozornie ze sobą niezwiązanych, przedstawia różne sposoby mierzenia się z wywołaną przez to samotnością. Jedni w nią popadają, drudzy się w niej utrzymują, jeszcze inni jedynie się o nią ocierają. Każdy z przypadków jest inny, ale łączy je reakcja na spotkanie z samotnością – zamknięcie się w sobie, w swoim świecie, sam na sam ze swoimi problemami.

W takiej sytuacji znajduje się Vincent, ortodonta w średnim wieku, który próbuje ułożyć sobie życie osobiste. Nie może jednak zrozumieć się ze swoją byłą żoną, nastoletnią córką, ze znajomymi i z poznawanymi kobietami. Wydaje się, że stracił kontrolę nad swoim pozornie uporządkowanym życiem, które raczej mu się przydarza, niż jest jakoś świadomie kontrolowane, jest przez nieunoszony w przyszłość. Usilne próby znalezienia kierunku kończą się przeważnie nie powodzeniami – Vincentowi czegoś w życiu brakuje, ale odpowiedź na to czego, nie jest tak prosta i oczywista, zwłaszcza dla niego samego.

To sprawia, że problem jeszcze się pogłębia: skoro nie wie, w czym problem, nie może o tym z nikim porozmawiać. Nie wydaje się jednak, żeby bardzo mu na tym zależało; tak jak niektóre z innych postaci uległ złudzeniu, że sytuacja, w której się znajduje, i brak wyjścia z niej są czymś normalnym i nieuniknionym – przekonanie, które ma w sobie coś z ponurego fatalizmu, ale zdejmuje jednocześnie z barków ciężar konieczności zmiany obecnego stanu rzeczy. Wystarczy uznać, że „tak to jest w tym życiu” i funkcjonować dalej w przestrzeni pomiędzy ignorowaniem problemu a próbą jego rozwiązania, dawać jedynie do zrozumienia, że coś nie pasuje, i mieć nadzieję, że inni sami domyślą się, o co może chodzić.

Taki układ staje się jednak coraz bardziej uzależniający – wiadomo, że jest jakiś problem, który sprawia, że rzeczy nie działają tak, jakbyśmy chcieli, z nie chcemy się z nim zmierzyć, uświadomić go sobie, co ułatwiłoby poradzenie sobie z jego istnieniem. Dlatego wybieramy funkcjonowanie w zawieszeniu między wypowiedzeniem go na głos a zakładaniem maski i udawaniem (też przed samymi sobą), że wszystko jest w porządku, odwlekając decydującą chwilę na bliżej nieokreśloną przyszłość.

Ortega y Gasset podkreśla w swoim eseju wagę niedopowiedzeń i wspólnoty doświadczeń: myśli niewypowiedziane nie przestają istnieć, dlatego istotniejszy nawet niż zamknięcie czegoś w słowach jest wybór tego, co trzeba przemilczeć. Żeby w pełni zrozumieć przekaz, trzeba odczytać też to przemilczenie, do tego potrzeba jednak jakiejś wspólnej płaszczyzny – tylko dzięki niej da się czytać między wierszami.

Vincent próbuje stwarzać tego typu wspólne doświadczenia przez rozmowę lub wspólnie spędzany czas, próbując poznać innych, ale z drugiej strony nie otwierając się zbytnio przed nimi. Tymczasem próba przerzucenia takiego mostu między dwoma obcymi sobie światami, jak choćby między rzeczywistościami ojca i córki, wymaga obustronnego wysiłku i odsłonięcia się. Widać to chociażby w scenie, w której Vincent z córką idą na targ i ojciec zaczyna opowiadać jej historie, które przeżył wraz ze swoim bratem. Dziewczyna wydaje się szczerze zainteresowana i dzięki temu udaje im się przeżyć kilka chwil naprawdę razem; kiedy jednak oboje wracają do swoich ról ojca i córki, a wspólne chwile stają się obiadem jedzonym przed telewizorem, porozumienie zostaje utracone.

Otwarcie drzwi do swojego świata nie oznacza jednak tylko wpuszczenia do niego innej osoby; wiąże się też z wpuszczeniem samego/samej siebie i konfrontacja z tym, co się tam znajduje. Nawiązywanie kontaktu wymaga wyjścia ze strefy pomiędzy, a więc także zmierzenia się z kwestiami, które przemilczało się przed samym/samą sobą. Można pozostawać na powierzchni,ukrywać się za maską konwenansów i codziennej uprzejmości, ale poznanie kogoś naprawdę to odsłonięcie swoich słabości nie tylko przed nim, lecz także odsłonięcie ich przed samym sobą. W końcu żeby coś wypowiedzieć, trzeba wiedzieć co, a to wymaga sięgnięcia w chaos myśli i uporządkowania ich w spójny przekaz. Vincent uświadamia sobie to dopiero podczas górskiej wycieczki z bratem – ich życiowe drogi rozeszły się w całkiem różne strony. Czas spędzony z dala od codzienności każdego z nich pozwala im na dotarcie do spraw, które ich nadal naprawdę łączą– wątpliwości związanych z życiowymi wyborami i przekonaniami – i odkrycie, że druga osoba też wcale nie radzi sobie tak dobrze, jak się sądziło, że dręczą ją podobne wątpliwości i lęki.

W ten sposób Vincent nie tyle buduje most, ile odkrywa go na nowo. Okazuje się, że porozumienie jest możliwe dzięki sięgnięciu poza codzienne sprawy zaprzątające głowę i próbie odnalezienia tego, co naprawdę może połączyć dwie osoby, do spraw naprawdę istotnych. Mogą wydawać się drugorzędne, jako że nie pomagają poradzić sobie na bieżąco ze wciąż zmieniającym się światem,jak choćby wspomniane wątpliwości duchowe człowieka, który osiągnął sukces materialny, oraz jego brata księdza, który mierzy się z podobnymi myślami. Nadają życiu jednak nieustannie kierunek, wpływając na codzienne wybory i określając stosunek do świata. Tytułowe równonoce, momenty zrównania nocy z dniem, stają się zatem chwilami małych i wielkich przełomów w losach postaci, które zdają się odnajdować krok po kroku sposób na to, żeby dojść do ładu z samymi sobą i ze światem dookoła. Ich losy pokazują, że codzienność to jednak tylko codzienność i że warto skupiać się na sprawach naprawdę ważnych, do których trzeba dopiero dotrzeć – nie bez wysiłku, ale cel wydaje się warty jego podjęcia.

Ilustracje pochodzą z: C. Pedrosa, Równonoce, tłum. K. Sajdakowska, Timof i cisi wspólnicy, Warszawa 2015.
Korzystałem z: J. Ortega y Gasset, Czym jest czytanie [w:] tegoż, Dehumanizacja sztuki i inne eseje, przeł. P. Niklewicz, Czytelnik, Warszawa 1980.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *