Zemsta, której nie było

Co by było, gdyby świat wyglądał inaczej? Jedno z najgroźniejszych pytań zadawanych przez literaturę zyskuje szczególną siłę w konwencji dystopijnej i alternatywnej historii. Kiedy podważamy realność otaczającego świata, zaczynamy dostrzegać w nim luki i niedociągnięcia. Alan Moore i David Lloyd w V jak vendetta przypominają, że znajdziemy je też w narracjach, które obiecują wiele, ale za wysoką cenę.

Pytanie o istnienie innych wersji rzeczywistości jest niepokojące i wprowadza zamieszanie do pozornie uporządkowanego życia – bo przecież ma ona tę przewagę nad gdybaniem, że jest namacalna i dobitnie codzienna. Nikt na co dzień nie zaprzecza, że nie istnieją drzewo, inny człowiek, grawitacja – bo przecież one wszystkie są częścią naszego wspólnego doświadczenia. Rzecz jednak w tym, że o ile zazwyczaj nie widzimy rzeczy w ten sam sposób, nawet jeśli patrzymy na to samo, o tyle zastanawianie się, co tak właściwie widzi druga osoba, okazuje się zaskakująco trudne. Rozszerzmy to: myślenie o przyczynach wydarzeń, które znamy, ich konsekwencjach i możliwych innych scenariuszach zbyt często należy do sfery rozrywek i fantastyki (rozumianej jako coś błahego), czegoś, na co można sobie pozwolić w wolnej chwili, ale nie ma na to miejsca w „prawdziwym życiu”.

Tyle że kto decyduje, które życie jest prawdziwe? I o tym, w jaki sposób warto żyć i nad czym się zastanawiać? Wydaje mi się, że to jedno z podstawowych pytań zadawanych przez Alana Moore’a i Davida Lloyda w V jak vendetta. Pytanie dzisiaj bardzo palące, które sprawia, że mimo czterdziestu lat od premiery komiksu opowiadającego o faszystowskiej Wielkiej Brytanii i samotnym mścicielu ukrywającym się pod mianem V historia ta nie zestarzała się ani trochę. Kiedy ją przeczytałem, byłem wręcz zaskoczony, jak wielki niepokój we mnie wzbudziła; przechodził mnie zimny dreszcz, kiedy czytałem wypowiedzi postaci zbyt podobne do tych z polskich i zagranicznych mediów, widziałem sceny przemocy i terroru będące jednocześnie podstawą kultury masowej, poznawałem historię o zemście, która nie niesie odkupienia.

Dystopia, której nikt nie chciał

To trochę dziwne uczucie żyć w czasach do jeszcze stosunkowo niedawna będących domeną fantastyki naukowej, w których spełnia się częściej to, przed czym nas ostrzegano. Marty McFly nie przybył do przyszłości, a na Księżycu nie odkryto monolitu starszego niż starożytność, mamy za to mieszankę Orwellowskiej Oceanii, Gileadu i Dickowskiego cyberpunku spod znaku Blade Runnera. Przyrodę niszczy się w imię interesów bogaczy, którzy wmawiają reszcie, że to dla jej bezpieczeństwa i wygody; coraz doskonalsze techniki komunikacji oddalają ludzi od siebie; zalew informacji odbiera zdolność skupienia uwagi i wyłowienia tego, co naprawdę istotne; pozwalamy się inwigilować i jeszcze sami dostarczamy korporacjom informacje na temat własnych ciał, życia i relacji. Żyjemy w panoptykonie, pomagamy go konserwować, a koncepcja, że mogłoby być inaczej, staje się coraz bardziej odległa.

Nagle znaleźliśmy się po drugiej stronie krzywego zwierciadła.

Brzmi to jak coś, o czym czytałem, kiedy przechodziłem przez okres fascynacji dystopiami, historiami alternatywnymi i wszelkim katastrofizmem, coraz trudniej znaleźć mi w nich jednak dawną przyjemność. Obok tej czysto estetycznej, a często zamiast niej, pojawia się świadomość ostrzeżenia ze strony osoby, która boi się o swoją teraźniejszość i przyszłość. W końcu tym właśnie są dystopie – przerysowaniem aktualnych niepokojów, lękiem przed tym, że nadzieje spełnią się nie w ten sposób, na który się liczy, że w piekle naprawdę stąpa się po dobrych chęciach. Nie bez powodu wizjom mrocznej przyszłości towarzyszą szczytne cele leżące u ich podstaw, ale z czasem wypaczone. Utopia i dystopia są dwiema stronami tego samego medalu, bo do idealnego świata nie wszyscy mogą zostać zaproszeni. Utopie buduje się na wykluczeniu, bo to, co dla jednych jest ideałem, dla innych może stać się koszmarem.

Mam wrażenie, że o ile kiedyś tego typu konwencje należały do kategorii eksperymentów myślowych i do określonej estetyki, o tyle dziś stają się kluczowym sposobem opowiadania o świecie, który rozpada się na naszych oczach. Nie da się już po prostu udawać, że nic się nie dzieje – pandemia, wojna, wszechobecne propaganda i wyzysk to elementy naszej codzienności, ale dożyliśmy cynicznych czasów, w których wszyscy wiemy mniej lub bardziej, jak sprawy się mają, ale nie chcemy tego przyznać, zaakceptować, w imię krótkoterminowego zysku wolimy kłamać w żywe oczy sobie i innym. Nagle znajdujemy się w świecie po drugiej stronie krzywego zwierciadła, który nie jest już tym, czego chcieliśmy, ale z którego nie da się za bardzo wycofać, bo przecież mamy go na własne życzenie, i który powstał w dużej mierze z ludzkiej apatii.

V jak vendetta jest wymierzone właśnie w postawę zrzeczenia się odpowiedzialności i spychologii w imię komfortu. Opowieść o świecie, w którym ludzie dla bezpieczeństwa oddali się faszyzmowi, to historia o świecie rządzonym przez etos wojownika, w którym spełniło się marzenie o całkowitej dominacji. Zniszczony przez konflikt atomowy, czyli z wykorzystaniem najbardziej niszczycielskiej, a jednocześnie najbardziej brutalnej broni, to dream come true każdego, kto uważa, że w świecie przetrwa tylko najsilniejszy. Moore i Lloyd idą jednak dalej i zaczynają swoją historię w miejscu, w którym wiele opowieści by się skończyło – co dalej? Wojna się zakończyła, czyjaś racja okazała się mojsza, w jej imię świat legł w gruzach, ale ocalali muszą udźwignąć ciężar życia wśród ruin. Kiedy kultura wojownika obraca wszystko w pył, zamiast sięgnąć po coś innego, ludzie wracają jednak do tego, co już dobrze znane, a co przecież doprowadziło ich do upadku. Wygodniej po prostu oddać odpowiedzialność w ręce innych, nawet jeśli okażą się tyranami, uporządkować sobie w ten sposób świat, nawet jeśli bezpieczni będą tylko nieliczni.

Weź zrób coś za mnie

Wojownik może przybierać różne oblicza. Najlepiej znanym i najbardziej widowiskowym jest oczywiście wojownik-zabójca, walczący na wojnach, kształtujący świat siłą i przemocą; oczekuje, że inni zaakceptują bez dyskusji jego dominację, a słabsi podporządkują się stojącym niejako ponad prawem silniejszym, których władza będzie płynąć właśnie z przywileju stosowania przemocy w imię jakiejś idei. W świecie V jak vendetta, podobnie jak w naszym, na tego typu koncepcje nie ma już jednak wiele miejsca. Wojownik musi zmienić strategię; staje się skrytobójcą, intrygantem, uzależnia od siebie innych, stosując siłę płynącą z informacji, szantażu i tego podłego rodzaju strachu, który na co dzień wydaje się niewielki i pomijalny, ale który powoli drąży duszę, pozostawiając po sobie koniec końców jedynie skorupę człowieka – strachu przed tym, co może się wydarzyć w każdej chwili, a niekoniecznie się rzeczywiście wydarza. Jedno się nie zmienia – założenie, że jedni muszą podporządkować się innym lub zostaną im podporządkowani.

Świat przedstawiony (jakoś nie ośmielam się napisać: stworzony) przez Moore’a i Lloyda to właśnie rzeczywistość tkana z potencjalności. Z jednej strony mamy więc obraz społeczeństwa lansowany przez propagandę: rządzonego przez silnych i wszystkowiedzących mężczyzn, którzy lepiej od ciebie wiedzą, czego potrzebujesz i co jest dla ciebie najlepsze. Centralne sterowanie, sztuczność i totalna inwigilacja chronią jednak interesy tylko niewielkiej grupy obywateli, tych, którzy zgadzają się na taki porządek rzeczy lub udają na tyle przekonująco, że nie trzeba się nimi przejmować. Na wszystkich innych czekają tajna policja, obozy, więzienia, tortury, kary śmierci, publiczne zniesławienie.

Brian Porter-Szűcs w Całkiem zwyczajnym kraju przypomina pewną oczywistość, o której, jak o wszystkich oczywistościach, trzeba mówić, żeby nie stały się przezroczyste: tyrania jest groźna, bo nie dotyka wszystkich w tym samym stopniu. Osoby, które się jej poddają i nie kwestionują panującego porządku, często nie zauważają, że cokolwiek się dzieje, lub nie chcą tego widzieć. Może i nie jest najlepiej, ale za to stabilnie (przynajmniej z ich perspektywy), więc niech tak już zostanie, bo zawsze może się pogorszyć. Względny komfort (czy też: brak dyskomfortu) zmienia perspektywę i nie pozwala dostrzec lub otwarcie sprzeciwić się temu, że ten spokój istnieje kosztem wszystkich ludzi, którzy się na niego nie zgadzają lub nie mogą się dostosować, zostają więc odrzuceni lub wyrzuceni z systemu. W V jak vendetta widać wyraźnie, jak działa odwracanie wzroku i apatia: to mnie nie dotyczy, więc się nie zaangażuję, a zresztą i tak nie mam na nic wpływu. W tym świecie nikt zdaje się nie wierzyć, że piękne słowa i obietnice polityków są prawdziwe, nawet sam przywódca, który uważa, że jedynym jego zadaniem jest utrzymywanie iluzji i nawet nie tyle odbudowa świata, ile utrzymywanie go przed dalszym upadkiem. Stąd oczywiście tylko niewielki krok do przesuwania granic tego, co moralne, w imię – rzecz jasna – wyższego porządku i bezpieczeństwa.

V jest marzeniem, na które nie ma się odwagi lub o którym się zapomniało.

Wszyscy zdają się jednocześnie zrzekać odpowiedzialności za to, co robią – i to jest chyba najgroźniejsza konsekwencja oddania swojego bezpieczeństwa w ręce innych, powierzenia im swojego losu w zamian za wolność. Przywrócona z przeszłości koncepcja państwa jako organizmu, którego różne części analogiczne do części ciała muszą współpracować, żeby całość działała, odbiera indywidualność osobom będącym ich częścią (funkcjonariusz Ręki, czyli tajnej policji, nie jest jednostką, ale jednym z elementów organizacji), a co za tym idzie zdejmuje z nich odpowiedzialność nawet za największe podłości (chodzi o działanie całości, a konieczność podtrzymania jej istnienia pozwala na więcej niż innym). Zastępuje się ją sztucznym systemem wartości, który ma na celu wypranie mózgu, tak żeby ludzie sami chcieli podtrzymywać opresyjny wobec nich system (od nawet najmniejszej części zależy istnienie całości, jestem więc niezmiernie dla niej ważn_) i bez wahania pozbędzie się ich, kiedy przestanie ich potrzebować.

Człowiek, którego zabrakło

Lloyd we wstępie do wydania zbiorowego nie owija w bawełnę – świat postapokaliptycznej Wielkiej Brytanii został wzorowany na tym, który on sam dostrzegał dookoła siebie. W alternatywnej rzeczywistości wiele się nie zmieniło, istniejące już zjawiska zyskały jedynie na sile. Tak jak utopia ma odpowiadać na potrzeby aktualne w czasie jej powstawania, tak dystopia ekstrapoluje te strachy, pokazując, że w prawdziwym życiu nie jest jeszcze tak źle, że może być gorzej. Autorzy V jak vendetta już czterdzieści lat temu zastanawiali się, co się dzieje, kiedy odmawiamy spojrzenia na rzeczywistość taką, jaka jest, i wybieramy życie w komfortowej iluzji. W pewnym momencie wyobrażenia i idee stają się ważniejsze niż ludzie z krwi i kości – budzi się wojownik, który nie czeka na nic tak jak na uzasadnienie swoich czynów.

To nie czas rycerzy w lśniących zbrojach.

Alternatywna Wielka Brytania staje się więc areną walki o to, co uzna się za prawdę. Systemowa machina za wszelką cenę stara się wyplenić z ludzkich umysłów nawet możliwość innego wyobrażenia sobie innych perspektyw i innego świata, podczas gdy samo pojawienie się V i legendy mściciela, daje nadzieję ludziom, do których doświadczenia ta oficjalna prawda nie pasuje. Zaczynają współpracować przeciwko narracji, która uczy nieufności i wrogości; podnoszą pięści, kiedy oczekuje się posłuszeństwa; marzą o lepszym świecie, kiedy przekonuje się, że marzenie o czymkolwiek jest luksusem, na który nikogo nie stać.

V pojawia się w tym świecie jako przeciwwaga dla narracji, które starają się zważyć, zmierzyć i zatrzymać przy sobie każdą dziedzinę życia. Jest marzeniem, na które nie ma się odwagi lub o którym się zapomniało, niezależnie od tego, czy jest się postacią z komiksu, czy mieszkańcem roku 2022. To wizja totalna, o rozmachu gotyckiej katedry – sen o sprawczości, współpracy, ale i odpowiedzialności, czyli wszystkim, co wydaje się tępione w świecie ubezwłasnowolniającym swoich mieszkańców i odbierającym pewność, że mogą coś zmienić. V ma w sobie to, czego brakuje pozostałym mieszkańcom fikcyjnej Wielkiej Brytanii: tupet, żeby marzyć, i determinację, żeby to marzenie wcielić w życie. Z czasem ludzie zaczynają iść za nim, za jego legendą – jeden człowiek stawiający czoła bezosobowemu systemowi jest jednocześnie silni i słaby, podatny na ciosy, a zarazem niezniszczalny w swojej brawurze, żeby mimo to iść jako pierwszy do walki. To ktoś, kim każdy mógłby się stać, gdyby odważył się marzyć i wiedział, że może wpłynąć w jakimkolwiek stopniu na otaczającą rzeczywistość.

Moore i Lloyd zastrzegają jednak: to nie czas rycerzy w lśniących zbrojach czy superbohaterów w czyściutkich trykotach. W zbrukanym świecie nie da się pozostać nieskalanym, a zmiany dokonują tylko osoby, które poznały wszystkie strony świata, zwłaszcza te najmroczniejsze. Nie bez powodu to właśnie V jest jedynym, który jest gotów dokonać jakiejkolwiek zmiany i, co chyba ważniejsze, ma wszelkie powody, żeby o nią walczyć. Z czasem, kiedy poznajemy historię tej postaci, dowiadujemy się, że to nie jest tylko ktoś, komu coś nie pasuje i ma przy okazji pod ręką mnóstwo prochu i chęci do spalenia świata. Wykorzystany przez wyrachowanych ludzi, którzy z premedytacją prowadzili na nim eksperymenty, zawdzięczający wolność jedynie własnemu sprytowi i sile, dostrzegający upadek kulturalny i społeczny świata, nie ma więc nic do stracenia. Jednocześnie sam jest częścią tej rzeczywistości, nic więc dziwnego, że postanawia sięgnąć po broń swoich oprawców, żeby pokazać im, że ostrze może być obosieczne i zwrócić się przeciwko poprzednim osobom, które nim władały.

Czy to słuszne, czy nie, trudno ocenić i raczej nie powinno się tego robić, bo trzeba by przy tym odpowiedzieć na pytanie: czy lepiej zrobić coś tu i teraz z tym, co ma się dostępnego, czy lepiej czekać na odpowiednie warunki, które być może nigdy nie nadejdą, bo to nie lekcja fizyki, na której prędkość zawsze równa się tylko drodze dzielonej przez czas? V, jako ktoś, kto wydaje się gardzić wahaniem i niezdecydowaniem, skłoniłby się raczej ku temu pierwszemu – zawsze znajdą się jakieś wymówki, żeby zaniechać działania, zwłaszcza kiedy jest potrzebne bardziej niż kiedykolwiek, a stawki rosną. Żeby coś zyskać, zawsze trzeba coś poświęcić w imię sprawy większej od ludzi i wymagającej tworzenia legend, które ożywią ludzi i wyrwą ich z apatii, nawet za cenę życia i tożsamości osób dających tej legendzie początek.

Ciemno wszędzie, co to będzie

Zanim jednak przyjmie się V za wzór do naśladowania i figurę rewolucjonisty gotowego na wszystko żeby bronić tego, w co wierzy, trzeba jeszcze wrócić do kwestii prawdy. Moore i Lloyd biorą nas w swojej opowieści trochę podstępem, ubierając w historię o zemście i odkupieniu dylemat o wiele bardziej fundamentalny – na ile cel uświęca środki, niezależnie od tego, na którą stronę konfliktu patrzymy? W czasie lektury trudno nie zauważyć, że Londyn staje się postapokaliptycznym Armageddonem, miejscem ostatecznej bitwy o sponiewieraną ludzkość, ale nie jest takie oczywiste, po czyjej stronie warto się opowiedzieć. Cel panującej dyktatury to bądź co bądź zapewnienie stabilności państwa, mimo że za cenę wolności i bezpieczeństwa części obywateli. Ambicją V jest z kolei przywrócenie jednostce możliwości samostanowienia i decydowania o swoim życiu, ale wiązałoby się to z nadejściem okresu chaosu i dalszego zniszczenia. Koncepcje te stykają się ze sobą tylko w jednym, ale za to bardzo istotnym punkcie – założeniu, że ludzie potrzebują kierowania, powiedzenia, co mają robić.

Metody V tylko z początku wydają się też rewolucyjne i, powiedzmy, odświeżające, wytrącające świat z posad. Bo czy terror mający inne uzasadnienie nie straszy równie silnie (parafrazując pewnego barda)? Wraz z postępem fabuły zamaskowany mściciel coraz bardziej zaczyna przypominać tych, z którymi walczy – widać to zwłaszcza w sekwencji uwięzienia i tortur Evie mających dziewczynę złamać, sprawić, że nie będzie miała już nic do stracenia, dojrzy świat taki, jakim jest – jednym słowem, stanie się godną następczynią V. Tylko czy takie postępowanie wobec osoby, która zaufała swojemu wybawcy, może zostać uzasadnione w jakikolwiek sposób? I czy metody stosowane przez system wobec nieprawomyślnych obywateli w rękach kogoś innego nagle stają się mniej złe? Dostrzegam pewną ironię w opowieści o człowieku, który chce zmienić świat, ale wciela się w swoich oprawców i na miejsce jednej totalnej idei ma do zaoferowania tylko inną, ale także wymagającą podporządkowania. V może i ucieleśnia marzenia ludzi żyjących pod jarzmem ciągłej inwigilacji, ale stanowi też iluzję, która jest tym bardziej szkodliwa, im bardziej staje się populistyczna; taka rewolucja to tylko kontynuacja starego porządku, tyle że w nowych szatach. Niesie ze sobą także nowe zagrożenie: nadchodzącego porządku nie da się już tak łatwo zmienić, bo o ile w faszystowskiej Wielkiej Brytanii podział na „my” i „oni” wydaje się dość oczywisty i wyraźny, o tyle w nowym wspaniałym świecie obwiniać będzie można tylko samych siebie. Odpowiedzialność, której się pragnie, może przygniatać, jeśli nikt na jej ciężar nas nie przygotuje, V zaś tego nie robi – mówi tylko: „weźcie własny los w swoje ręce”, ale nie mówi jak to zrobić. Proponowana przez niego władza samostanowienia niepokojąco przypomina znany nam już kult zdobywania sukcesu własnymi siłami, w którym, jeśli ci się nie uda, to ty jesteś winny, a nie kwestie takie jak przywilej czy warunki.

Niezależnie od tego, czy to autor miał na myśli, czy nie, czterdzieści lat po pierwszym ukazaniu się historii o zemście V komiks nadal czyta się z duszą na ramieniu. Minęło prawie pół wieku, a V jak vendetta nadal jest niepokojąco aktualne, nie tylko dlatego, że ziściły się niektóre z postulatów V, ale też dlatego, że ich czas minął i powróciły różne wersje postapokaliptycznej Wielkiej Brytanii. Dystopia to szczególne ostrzeżenie w przypadku osób żyjących w czasach, przed których nadejściem ostrzegano – trochę wyrzut, a trochę nauka na przyszłość. Dystopie, paradoksalnie, niosą ze sobą nadzieję; jako historie idące o krok za daleko powracają, żeby powiedzieć: byłam tam, żebyście wy nie musieli, dlatego fakt, że V jak vendetta nadal wzbudza niepokój, może być dobrym znakiem, że jeszcze jest coś, na czym nam zależy i o co warto walczyć. Moore i Lloyd sprzeciwiają się apatii i oddawaniu odpowiedzialności za swój los innym w zamian za spokój ducha, ale ostrzegają też przed ślepą wiarą w rewolucję. Piękne słowa i zdecydowane działania nie zawsze sprawiają, że ktoś ma we wszystkim rację, bo nawet jeśli uda się wprowadzić zmianę, dalsze konsekwencje mogą już nie być tym, czego chcemy. Historia ta niesie ze sobą więc trudny morał: w świecie, w którym wszyscy walczą o twoją duszę, nie bój się wzięcia odpowiedzialności za siebie i spojrzenia, które z twoich przekonań są naprawdę twoje. Droga trudna, ale konieczna, żeby nie podążać ślepo za tymi, którzy obiecują, że wszystko się zmieni, a tak naprawdę (świadomie lub mimowolnie) wzmacniają stary porządek, dając mu tylko inne uzasadnienie i kontekst.

Ilustracje pochodzą z: Alan Moore, David Lloyd, V jak vendetta, tłum. Jacek Drewnowski, Warszawa: Egmont, 2014, 2015.