Sprzedawcy świata

Dzicy Lucie Lomovy to komiks o spotkaniu dwóch światów, które jedni starają się przeżyć, a drudzy jak najszybciej zakończyć. Kolonizatorzy pomagają Indianom jedynie wtedy, kiedy jest im to na rękę. We wszystkich innych przypadkach mieszkańcy dżungli stają się ciekawymi, ale niewiele wartymi przedmiotami.

Jaką wartość ma jeden guzik? Dla jednych żadną – ot, coś niewielkiego, co można łatwo zastąpić, więc niegodnego większej uwagi. W rzeczywistości innych może jednak przynieść zmianę ogromną, po której nie da się już wrócić do dawnego życia. Guzik duży czy mały, kanciasty czy okrągły, zapinający ubranie z przodu czy z boku lub nonszalancko rozpięty – coś tak małego świadczy zaskakująco dobitnie o charakterze jego posiadacza.

Motyw guzików przewija się przez całych Dzikich Lucie Lomovy i stanowi jeden z wielu subtelnych elementów, które zakreślają granicę między Czerwiuszem z paragwajskiego plemienia Czamakoków i Albertem, lekarzem z Pragi, który podjął się zdiagnozowania nękającej Indian choroby. Pojawia się zazwyczaj gdzieś na peryferiach głównego wątku podróży Czerwiusza do Europy w poszukiwaniu lekarstwa na tajemniczą dolegliwość, w istocie jest o wiele ważniejszy, niż się wydaje. O ile bowiem dla Alberta to przedmiot całkowicie nieważny, o tyle w przypadku Czerwiusza ze zwykłej pamiątki staje się motorem przemiany, by w końcu jako rysunek zostać jego podpisem i elementem świadczącym o nieodwracalnie zmienionej tożsamości.

Podejście do tak małych cząstek świata pokazuje różnicę między dwoma światopoglądami przedstawionymi w komiksie. Jedno z nich zakłada, że wszystko – ludzie też – jest częścią jednego świata, w którym wszystko pozostaje w równowadze regulowanej przez niepisane zasady, których przestrzegania natura surowo pilnuje. Broń się, kiedy ktoś cię atakuje, daj coś od siebie, kiedy dostajesz prezent – bilans zawsze wychodzi na zero, a przynajmniej powinien. Drugie zakłada jednak, że wszystko, co masz na wyciągnięcie ręki, musisz chwycić, zabezpieczyć, uporządkować i wykorzystać, a potem sięgnąć po więcej, bo świat po to właśnie istnieje: żeby go posiadać i robić z nim, co się chce.  

To oblicze kolonizacji najlepiej przejawia się w postaci doktora Alberta i jego dość dwuznacznym podejściu do rdzennych mieszkańców Paragwaju. Na pozór miły, łagodny i skłonny do pomocy, młody lekarz jest w istocie wcieleniem swojego europejskiego dziedzictwa ludzi oszołomionych swoimi osiągnięciami i perspektywą pozornie nieskończonych bogactw i możliwości, które obiecują niezbadane tereny Nowego Świata. Europejczycy szukają wielu różnych wymówek dla swojego przedmiotowego podejścia do tamtejszej przyrody i żyjących pośród niej ludzi, ale – jak pokazuje Lomová – nie udaje im się ukryć faktu, że wszystkie ich decyzje mają tylko jeden cel: ochronę własnych interesów. Pomożemy wam tylko jeśli to się nam opłaci, będziemy szanować, żebyście nie ostrzeliwali naszych statków, damy lekarstwa, żeby zrównoważyć w swoich sumieniach to, co robimy z waszymi domami. Za maskami przyjaznych przybyszów czai się zimna kalkulacja.

Doktor Alberto, mimo że pozuje na lekarza i naukowca z misją, który chce pomagać zarówno Czamakokom zarówno w Ameryce, jak i Europie, gdzie opowiada o ich trudnej sytuacji, w istocie robi to wszystko dla szacunku praskiej socjety i podbudowania ego. Możliwość ratowania życia i przerażania tubylców „niewidzialnymi zwierzętami”, widocznymi tylko pod mikroskopem, sprawia, że niewielkim wysiłkiem zdobywa wśród nich pozycję na tyle wysoką, że zostaje zaproszony na spotkanie wodzów okolicznych plemion. Coś, co powinien potraktować jako zaszczyt – dopuszczenie do ich wewnętrznych spraw kogoś z zewnątrz – przyjmuje jednak w tonie „OK, czemu nie”, jako coś naturalnego, podobnie jak posłuch większy niż dawany szamanom. Daje dokładne wskazania i chroni się przy tym formułkami rodzaju „decyzja należy do was”, zrzekając się odpowiedzialności. Pozornie pozostawia tubylcom wolność wyboru, ale tak naprawdę nikt jej nie ma – ani wodzowie plemion postawionych pod ścianą, ani sam Czerwiusz, który chwyta się ostatniej nadziei na ocalenie swoich ludzi. Praski lekarz zdaje się tylko utwierdzać w przekonaniu, że rozdaje karty wszędzie, gdzie tylko się pojawi.

Zarówno dla Alberta, jak i zapewne dla większości przybyszów ze Starego Świata przebywanie w dżungli jest jedynie epizodem, który ma swój wyraźny początek i koniec. To, co w niej się wydarza, zostaje zostawione wraz z odbiciem barki od brzegu, po czym łatwo można powrócić do swojego życia – może i związanego gorsetem konwenansów i układów, ale znajomego, budzącego wrażenie bardziej ucywilizowanego niż pozornie nieskomplikowana rzeczywistość Indian. Tubylcy z perspektywy kolonizatorów byli, są i będą, stanowią dla nich kolejny element dżungli, którą można odwiedzić i zostawić, bo nie należy do świata oświeconych ludzi wierzących w to, że wszystko mają pod kontrolą. Zapewne na fali tej pewności siebie Alberto pozwala Czerwiuszowi pojechać ze sobą, a potem ciągnie go ze sobą aż do Pragi. Indianin bierze kolejne obietnice szybkiego znalezienia pomocy i powrotu do domu za dobrą monetę, zgadza się więc na układ, w którym ma we wszystkim słuchać swojego towarzysza – a ten, napędzany złudzeniami i ambicjami, obiecuje coraz więcej. Czamakok, całkiem zależny od lekarza w obcej sobie rzeczywistości, szybko staje się w jego oczach kolejnym trofeum z wypraw, mającym mu pomóc zdobyć uznanie i pieniądze, tak jak wiosła czy inne pamiątki z podróży.

Problem z perspektywą Alberta polega jednak na tym, że o ile ma Indianina za coś w rodzaju przedmiotu do swojej całkowitej dyspozycji, o tyle nie zauważa, że Indianin także jest człowiekiem, zagubionym w obcym miejscu i liczącym każdy kolejny dzień zwłoki na swoją niekorzyść. Dżungla, tak żywa w umyśle Czamakoka jako jedyne realne miejsce (w przeciwieństwie do surrealistycznej Europy) dla lekarza to tylko narzędzie do realizowania siebie w Europie. Narastający opór przybysza podważa jednak jego misternie stworzony obraz samego siebie jako człowieka, który ma wszystko pod kontrolą i wszystko mu się należy; udowadnia, że nie wszystko jest takie cudowne i nieskazitelne, jak się zdawało. Zraniona duma reaguje wyparciem i jeszcze większą opresją, jako że lekarz nie chce przyjąć do wiadomości, że zabierając Czerwiusza z Paragwaju popełnił błąd, że traci grunt pod nogami i że jednak nie jest osią, wokół której obraca się cały świat.

Nie jest jednak w tym osamotniony. Niemal każde z prażan, które spotyka na swojej drodze, zdaje się żyć z klapkami na oczach i tylko po to, żeby zrealizować swój cel, podporządkować mu innych ludzi – a kiedy ponosi porażkę, jest ona tak zaskakującym, jak niesprawiedliwym ciosem od okrutnego i zimnego świata. Czerwiusz staje się najlepszym przykładem tego, jak drastyczne konsekwencje może przynieść egocentryzm ludzi zapatrzonych w iluzje, w które decydują się wierzyć. Można sobie wyobrazić, że dla Alberta przygody (bo zapewne tym właśnie są – przygodami) w dżungli i pobyt Indianina w Pradze szybko staną się zabawnymi anegdotami. Tymczasem życie toczy się dalej i to Czerwiusz musi borykać się z konsekwencjami niefrasobliwych decyzji lekarza. To, co dla jednego jest trywialnym i blaknącym wspomnieniem, dla drugiego ma kolosalne znaczenie, naznacza jego życie na zawsze.

Ilustracje pochodzą z: Lucie Lomová, Dzicy, tłum. Michał Słomka, Fundacja Tranzyt / Centrala, Poznań 2012.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *