O perspektywie w adaptacji

Fred Fordham w komiksowej adaptacji Zabić drozda Harper Lee stara się być jak najwierniejszy powieści. Mogłoby się wydawać, że hiperrealistyczna stylistyka nie pozwala na wiele autorskiej swobody. Fordham zmienia jednak perspektywę w historii dojrzewania głównej postaci i kreśli bardziej panoramiczny obraz. Z różnym skutkiem.

Zanim zabrałem się za komiksową adaptację powieści Harper Lee, postanowiłem przeczytać powieść. Zabić drozda znałem dotąd tylko ze słyszenia, ale nigdy nie miałem okazji przekonać się na własne oczy, dlaczego uznaje się ją za tak istotną dla świata literatury. Cóż, po ostatniej stronie znałem już powód – i z tej samej przyczyny polecam przeczytać najpierw oryginał, zanim ktokolwiek zabierze się za komiks Freda Fordhama. Opowieść o procesie człowieka oskarżonego o gwałt na dziewczynie innego koloru skóry i rodzinie jego adwokata jest idealnym przykładem na to, jak z pozornie błahych obrazów codzienności można powoli, wręcz niezauważalnie tworzyć napięcie i budować poczucie zagrożenia. Wrażenie coraz większego osaczenia powstaje nie z powodu niespodziewanych wydarzeń czy zwrotów akcji, ale ze świadomości tego, co nieuchronne. Tym, co jest szczególnie ważne w tej powieści, jest starcie charakterów, konfrontacja logiki i stereotypu, jednego człowieka wierzącego w swoją słuszność z resztą świata, która o wiele większą wagę przykłada do tego, żeby skazać nie tego, kto jest winny naprawdę, ale tego, kogo za winnego chcieliby uznać.

Wiem, że Zabić drozda nie można tak gładko sprowadzić do jednego zdania i nie mam zamiaru jej w ten sposób podsumowywać; kwestia osobistego podejścia do rozgrywających się wydarzeń wydaje mi się jednak szczególnie istotna, kiedy przychodzi do pisania na temat przenoszenia powieści na karty komiksu. W oryginale poznajemy świat z perspektywy Skaut (w komiksie imię zostało zmienione na Smyk), córki adwokata Atticusa i, mimo że samo odtworzenie dziecięcej perspektywy przez Lee może pozostawiać nieco do życzenia (często ma się wrażenie, że Skaut jednak jest o wiele starsza), dziewczynka nie rozumie jeszcze do końca, jakimi zasadami rządzi się świat dookoła niej. Pytania pojawiają się coraz częściej wraz ze zbliżającą się datą procesu, kiedy Atticus i jego rodzina spotykają się z coraz większą wrogością ze strony białych mieszkańców Maycomb. Skaut widzi rzeczy, których dotychczas nie dostrzegała, świat staje się coraz bardziej skomplikowany (jak Atticus mówi Jemowi, jej starszemu bratu, to pewnie pierwszy raz, kiedy świat zdaje się działać niezgodnie z ich rozumowaniem).

W tym przypadku perspektywa dziecka jako kogoś, kto dopiero wchodzi do tego świata, ma ogromne znaczenie dla konstruowania narracji. Skaut, kiedy pyta o coś, czego nie rozumie, z odpowiedzi lub ich braku konstruuje swój obraz rzeczywistości, który staje się coraz bardziej mroczny. Czytelnik/czytelniczka idą z nią tą samą drogą i poznają fakty w tym samym tempie. Nawet jeśli wiedzą wcześniej ze swojego doświadczenia, dlaczego proces Toma najpewniej zakończy się w taki, a nie inny sposób, albo dlaczego niemal dochodzi do linczu jeszcze przed procesem, wprowadzani są do świata przez Skaut, przez jej przeżycia i interakcje ze światem dorosłych. Sprawia to, że poznajemy rzeczywistość Maycomb nie taką, jaka jest naprawdę, ale taką, jak ją interpretuje Skaut. Dużą część narracji stanowią jej przemyślenia i to one odgrywają ogromną rolę w tym, jak zrozumiemy jej otoczenie. Dziewczynka stara się znaleźć swoją drogę przez coraz mniej zrozumiały świat dorosłych i przekonuje się, że świat nie wygląda tak jakby tego chciała.

Wiele rzeczy zadziało się jednak podczas przetworzenia tej historii przez Fordhama. Popieram wszystkie adaptacje powieści na komiksy, nie tyle dlatego, że może zachęcać do wejścia do świata literatury tych, którym zazwyczaj z książkami nie po drodze (przy czym jestem też pierwszy do hurrdurrania, że komiksy to też literatura, a nie wstęp do literatury), ale też dlatego, że można przekonać się, na jak wiele różnych sposobów można postrzegać tekst. Powieść Lee jest bardzo skondensowana, jeśli chodzi o opisy, i pozostawia szerokie pole dla wyobrażania sobie scenerii i wyglądu postaci. Z tekstu nie dowiemy się na przykład, jak wygląda Atticus poza tym, że dzieci postrzegają go jako bardzo starego, ale tak naprawdę to jedynie dojrzały mężczyzna, który po prostu nie robi już niektórych rzeczy. Sam wyobrażałem go sobie o wiele inaczej niż został przedstawiony w komiksie, gdzie spotykamy dobrze zbudowanego pana w garniturze, na którego wiek wskazują głównie zmarszczki. Znika to, w jaki sposób postrzegają go własne dzieci, zostaje jedynie obraz tego, co sam Atticus widzi w lustrze.

To najbardziej charakterystyczna cecha całej adaptacji Fordhama, która bardzo wpływa na odbiór całej historii. Tak, wiem, rozpisałem się na temat książki, ale to wszystko jest bardzo ważne, jako że prowadzi do zadania sobie pytania: jak odtworzyć subiektywność narracji w komiksie? Jak dać do zrozumienia, że świat, który widzimy, to interpretacja, a nie obietywny obraz? Takie pytania nasuwają się same, kiedy czytamy komiks Zabić drozda i dostrzegamy napięcie między wizjami Lee i Fordhama; mamy z jednej strony próbę nawiązania do formy oryginału przez wiele obszernych wstawek od narratora, z drugiej zaś – dążenie do hiperrealizmu w przedstawianiu świata. Przez bardzo obszerny komentarz często widać, że obraz ma tu rolę wspomagającą wobec słowa, że naprawdę mamy do czynienia z utworem zależnym. Fordham nie stara się stworzyć czegoś nowego, czegoś, co dawałoby zupełnie inną perspektywę na przedstawione już wydarzenia, jak ma to miejsce chociażby w przypadku powieści Anna In w grobowcach świata Olgi Tokarczuk i Ja, Nina Szubur Daniela Chmielewskiego. Jeśli mówimy o kwestii wierności fabule, Zabić drozda Fordhama jest bardzo poprawną adaptacją.

Inna sprawa, kiedy mówimy o ich interpretacji. Komiks nie ma już tego samego ciężaru emocjonalnego, co powieść Lee dlatego że zrezygnowano w nim z perspektywy Skaut. Oczywiście, dziewczynka nadal jest protagonistką i często staje się narratorką wydarzeń, ale nie mają one już tak wielkiej mocy oddziaływania jak w książce. Smyk w komiksie staje się niemal tak samo ważna jak wszystkie inne postacie, przez co traci status punktu odniesienia dla całego otaczającego świata. Nadal jest świadkiem wydarzeń o wiele większych niż ona sama – mam na myśli proces sądowy i wszystko, co z nim związane – ale w książce równie istotne co sam proces jest to, jak ona go postrzega, jak ustosunkowuje się do otrzymywanych informacji. Dlatego tak ważne okazują się wszystkie długie fragmenty na temat jej przeżyć wewnętrznych i myśli – sprawiają, że powieść mówi zarówno o wielkich zjawiskach, jak i o dojrzewaniu w ich cieniu. Tego typu fragmenty mogłyby jednak być postrzegane jako dłużyzny w komiksie, który jednak wymaga bardzo wiele dyscypliny zarówno ze strony autora/autorki (wyłuskanie tego, co najważniejsze), jak i czytelnika/czytelniczki (rozwiązanie rebusu, do którego porównał komiks Krzysztof Toeplitz).

Można subiektywność świata przenieść na warstwę graficzną, co miejscami rzeczywiście ma miejsce. Widać to w świetnych moim zdaniem splash pages, w których zawierają się emocje i niejednoznaczności nie tylko danej sceny, ale też całego komiksu. Najlepszym według mnie jest kadr przedstawiający salę sądową po mowie obrończej Atticusa – ogromną część zajmuje widziana z profilu twarz Toma, który jako oskarżony jest najważniejszą osobą na sali, ale nie może spojrzeć bezpośrednio w oczy czytelnika/czytelniczki; z pochyloną głową czeka na wyrok, pozbawiony kontroli nad wydarzeniami. W tle widać ławę przysięgłych złożoną z samych białych mężczyzn, zwróconych frontem do odbiorcy – to oni teraz mają kontrolę, to oni rozdają karty i mimo że przez zbliżenie na twarz oskarżonego mamy wrażenie wyjątkowej intymności tej sceny, decydującego momentu w jego życiu, wciskają się w nią przysięgli, którzy – jak wszyscy biali kontrolujący życie w mieście – zamierzają zadecydować o jego przyszłości. Bardzo dobrze oddaje to sytuację ludzi takich jak Tom, których los jest naznaczony ciągłą obecnością białych, nawet jeśli nie ma ich w pobliżu. Przysięgli wydają się tu intruzami, a jednocześnie scena nie mogłaby istnieć bez nich. Wyjątkowy status ma tutaj sam Atticus, który, stojąc pomiędzy przysięgłymi a Tomem, zaznacza swoją obecność w przestrzeni pomiędzy oboma światami. Decydując się na wystąpienie w roli obrońcy, wychodzi poza proste podziały społeczności, co sprawia, że przestaje w pełni należeć do systemu; może spojrzeć na niego z zewnątrz i zaapelować do przysięgłych jako ktoś, kto wywodzi się z ich świata, ale go opuścił. Stoi po stronie Toma, ale nie należy też do jego rzeczywistości, mimo że cała społeczność jest wdzięczna za wystąpienie w jej imieniu. Atticus, zwrócony plecami do oskarżonego i do odbiorcy, wyszedł ze swojego świata i do niego wróci, ma jednak nadzieję, że uda mu się coś zmienić; Tom, mimo wsparcia, koniec końców i tak pozostanie sam ze swoim wyrokiem.

W tego typu kadrach utwór Fordhama osiąga to, co od powieści wymagałoby dłuższego opisu – w jednym jedynym obrazie krzyżuje się wszystko, co składa się na skomplikowaną sieć sprzecznych interesów i dylematów tej historii. Trafimy na nie jednak okazjonalnie; mimo że jest kilka splash pages starających się osiągnąć to samo, co opisane ujęcie, ciążenie ku hiperrealizmowi nie pozwala mu dorównać – dotyczy to zresztą także komiksu jako całości.

Oddalenie perspektywy i chęć przedstawienia wydarzeń tak jak mogłyby wyglądać na zdjęciach sprawia, że kwestia subiektywnego spojrzenia dziewczynki ginie. Z jednej strony otrzymujemy dzięki temu wierne odtworzenie świata, o którym opowiada książka – małego miasteczka gdzieś na bezdrożach Ameryki – z drugiej wszystko staje się równie ważne i w jakiś sposób płaskie. Nie ma przez to hierarchii dostrzegalnej w książce, w której Skaut ze wszystkiego, co dzieje się dookoła, wyłuskuje tylko wybrane elementy, dzięki czemu wybijają się na pierwszy plan, stają się ważniejsze, na nich skupia się uwaga. Komiks Fordhama dąży zaś do ogarnięcia wszystkiego, co się dzieje – i nie byłoby z tym problemu, gdyby nie fakt, że robi to także w scenach, w których skupienie na jednym jedynym elemencie ma ogromne znaczenie. W efekcie sceny, które są szalenie istotne dla kreacji postaci czy pogłębienia ich tożsamości, nie wywierają aż tak silnego wrażenia.

Dobrze widać to na przykładzie sceny, w której do Maycomb zbliża się pies ze wścieklizną –jednej z tych, które moim zdaniem najsilniej przykuwają uwagę. Tak jak zresztą w całej powieści Lee jesteśmy prowadzeni wraz ze Skaut od niewiedzy (pies jednego z sąsiadów zachowuje się dziwnie) przez zagubienie (wściekły pies o tej porze roku to bardzo rzadkie zjawisko) i niepokój (Calpurnia biegnie przez okolicę i ostrzega wszystkich, żeby pozostali w domach) po presję i poczucie zagrożenia (pies zbliża się do posiadłości Radleyów i trzeba interweniować teraz). Wszystko dzieje się stopniowo, tak żeby czytelnik/czytelniczka mieli czas oswoić się z sytuacją, osiąść w niej i poczuć się jak postać, która powoli zaczyna rozumieć poziom zagrożenia i to, że problem wściekłego psa nie pochodzi z codzienności większości ludzi, nie da się go rozwiązać ot tak sobie. Calpurnia nie tyle szuka kogoś, kogokolwiek, kto mógłby się tym zająć – wydaje się świadoma, że niemal nikt nie byłby w stanie tego zrobić, dlatego wszyscy powinni się schować. Dopiero kiedy przyjeżdżają szeryf i Atticus, pojawia się nadzieja na rozwiązanie problemu. Scena jest wyjątkowo pieczołowicie skonstruowana, tak żeby doprowadzić do punktu kulminacyjnego, w którym ojciec Skaut, po wielu oporach, bierze strzelbę od szeryfa i jednym niemal idealnym strzałem kładzie zwierzę. Napięcie zostaje rozładowane nagle i niespodziewanie, pozostajemy w szoku, podobnie jak sama Skaut – w równym stopniu tym, że powoli skradające się zagrożenie udało się powstrzymać w mgnieniu oka, jak i tym, że zrobił to Atticus. Dziewczynka, która wcześniej miała ojca za nudziarza, innego od większości mężczyzn z Maycomb, nagle przekonuje się, że jest kimś o wiele więcej, człowiekiem kierującym się w życiu żelaznymi zasadami, którym pozostaje wierny niezależnie od przeciwności losu i wrogości ludzi. Nawet jeśli musi je złamać – w tym przypadku musi zastrzelić psa, mimo że wiemy, że nie pochwala korzystania z broni – robi to z obowiązku i nie chełpi się umiejętnościami. Złamanie zasad nie jest tu oznaką słabości, ale siły. Scena z psem staje się kluczowa dla kreacji Atticusa jako człowieka najwłaściwszego do obrony Toma w procesie, który wydaje się z góry przegrany. Tylko on ma szansę na odwrócenie biegu wydarzeń.

Pocięcie akcji na kadry przenosi ciężar narracji z powolnego budowania napięcia na samo wydarzenie, na reakcje i strach ludzi, którzy mogą sobie mieszkać w swoich zadbanych domach otoczonych idealnie geometrycznymi działkami, ale i tak pozostają bezsilni wobec sił natury i nieprzewidzianych wypadków. Wystarczy jeden wściekły pies, żeby sparaliżować całą okolicę i tu należy się głęboki ukłon w stronę Fordhama za przedstawienie wszystkiego, co się w tej scenie dzieje, w słoneczny pogodny dzień. Przyznaję, że wyobrażałem sobie tę wydarzenia jako rozgrywające się w okolicy spowitej mgłą, a Atticusa jako Clinta Eastwooda stojącego pośrodku pustej drogi i mierzącego się na spojrzenia ze zwierzęciem – to by pasowało do nastroju. Tymczasem w komiksie mamy spokojny dzień jak każdy inny, zadbane trawniki, równą drogę, słońce świeci, czyste niebo, sielanka. Pojawienie się wściekłego psa obnaża jednak sztuczność, widok zataczającego się, zaniedbanego zwierzęcia wzbudza poczucie głębokiego dysonansu – tylko co tu właściwie jest nie na miejscu, sam pies czy okolica, w której zwierzę się znalazło? W kontekście całej historii powiedziałbym raczej, że za fasadą spokoju sennego miasteczka kryją się mroczne sekrety, niezabliźnione rany, głębokie uprzedzenia, patologie i apatia, która przyzwala na istnienie tego wszystkiego. Fordham zdaje się wydobywać raczej z tej sceny sztuczność świata Maycomb – niestety, kosztem znaczenia tego pojedynku dla Smyk i Atticusa. Powiedzmy sobie szczerze – sytuacja, która w powieści urasta do rangi wielkiego zagrożenia, wściekły pies stający się jednym z ogarów piekieł niosących śmierć, tu sprowadza się do obrazu zagubionego, cierpiącego zwierzęcia, którego raczej żal niż którego strach się bać. Piszący te słowa otrzymuje co prawda swojego Clinta Eastwooda dzięki kinowy kadrom, w których na tle bieli pojawiają się sylwetki w dramatycznych zbliżeniach, ale kiedy jest już po wszystkim, trudno poczuć ulgę, że pozbyto się śmiertelnego niebezpieczeństwa. Zbliżanie się psa do posiadłości Radleyów, które zmusza do natychmiastowego działania, tu pokazane zostało z oddali, tracąc tym samym posmak zagrożenia, a sam pies jest godny raczej litości. Strzał staje się w komiksie raczej aktem łaski wobec cierpiącego zwierzęcia i niewykluczone, że w powieści też tak mogło być, ale stracony został element wystąpienia przeciwko własnym zasadom pod wpływem sytuacji, która tego wymaga. Strzał wydaje się raczej wynikiem zimnej kalkulacji, nie widać już tutaj tego pierwiastka osobistego zaangażowania.

W dużej mierze odpowiada za to zmiana perspektywy. Skaut widzi ojca, który robi coś, czego nigdy wcześniej nie robił – bierze broń do ręki; mierzy się z zagrożeniem, przed którym chowają się inni mężczyźni; przyjmuje odpowiedzialność, której nie chce szeryf; odbiera życie, mimo że później będzie go bronił. Spośród wszystkich maycombowskich cwaniaków i kombinatorów, ciężko pracujących gospodarzy, stróżów prawa, maczystowskich samców alfa wypinających piersi to zrównoważony, spokojny pan w średnim wieku okazuje się największym twardzielem. W komiksie tymczasem mamy zewnętrznego obserwatora, który przygląda się Smyk patrzącej na to, co dzieje się dookoła. Nawet w scenach, w których zbliża się do jej perspektywy, nigdy jej nie przyjmuje całkowicie. Kiedy to Smyk przejmuje narrację, nie ma się poczucia, że to faktycznie ona mówi, ale raczej jakiś zewnętrzny narrator używający jej słów, używający jej jako pośredniczki dla swoich słów.

Odejście od subiektywności do hiperrealizmu pozwala powiedzieć więcej i przenieść uwagę na inne kwestie – Fordham bardziej zajmuje się kwestiami społecznymi niż życiem pojedynczych osób – ale kosztem tego, co już zostało powiedziane; ujęcie panoramiczne sprawia, że opowieść dziewczynki staje się opowieścią o dziewczynce. Nie ma sensu przy tym wartościować, czy któraś z wersji fabuły jest lepsza lub gorsza, nawet jeśli komuś któraś z nich zwyczajnie bardziej się podoba (mi, przyznaję, bardziej przypadła do gustu jednak powieść). Forham stara się jak najwierniej oddać fabułę oryginału, starając się przy tym wypracować kompromis – opowiedzieć o dojrzewaniu Smyk, poruszyć wątki problemów społecznych, skompresować całą powieść w kadrach komiksu, powiedzieć coś od siebie, odwzorowując przy tym jak najwierniej scenerię i wydarzenia. Komiks Zabić drozda jest bardzo dobrym świadectwem tego, jakich technicznych zabiegów wymaga przekładanie powieści na komiks oraz jak nawet najwierniejsza adaptacja – zdawać by się mogło, dążąca do jak największej obiektywności – ujawnia punkt widzenia adaptującego i to, co dla niego jest najważniejsze w interpretowanej opowieści.

Ilustracje pochodzą z: Harper Lee, Fred Fordham, Zabić drozda, przeł. Stanisław Kroszczyński, Warszawa: Jaguar, 2020.
Dziękuję wydawnictwu Jaguar za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego!