Zagraj to jeszcze raz, Miles

Kiedy do swojego planu postów na blogu dodawałem Tylko spokojnie Henryka, nie spodziewałem się, że będę pisał ten tekst w świecie, który będzie wyglądał tak bardzo inaczej. Wtedy wyobrażałem sobie ten tekst w zupełnie inny sposób, ale mam wrażenie, że teraz tamtego zamierzenia nie mógłbym już zrealizować. Zbyt wiele się zmieniło na zewnątrz i we mnie samym, żeby móc wrócić do tamtego, jednocześnie niezbyt odległego, a zarazem dalekiego o lata świetlne czasu. Jedno pozostało – komiks Henryka, o którym nadal chciałem napisać, tym razem jednak z innych powodów.

Zazwyczaj kiedy zastanawiam się nad nowym tekstem na „Wejście w kadr”, siadam z kartką papieru przy stole i robię notatki. Pomaga mi to uporządkować myśli, które do momentu zamknięcia w słowach krążą gdzieś w przestrzeni, nieskonkretyzowane, łatwo przechodzące jedna w drugą. Wiele rzeczy się rozjaśnia, wpadam też na koncepcje, które wcześniej nie przychodziły mi do głowy; ręczne zapisywanie myśli ma w sobie coś uspokajającego i otwiera głowę, pozwala się skoncentrować i dojść do wniosków, których raczej by się nie uchwyciło ot tak, z marszu. Wszystko wydaje się uporządkowane, jasne, przeprowadzone od A do Z przez kolejne litery alfabetu.

Ostatnia sytuacja oraz lektura „Tylko spokojnie” przypomniały mi jednak o tym, o czym zacząłem już zapominać: kiedy masz wrażenie, że coś działa dobrze i zaczynasz zbyt wygodnie czuć się z raz ustalonym sposobem działania, który wydaje się wystarczająco dobry, w głowie powinna zapalić się czerwona lampka. W końcu człowiek się zmienia, świat się zmienia, więc i forma także powinna ulegać zmianie. Już wielokrotnie pisanie, nie tylko na blogu, nie pozwalało popadać w samozadowolenie, bo coś raz się udało, więc na pewno uda się i kolejny; pisanie to lekcja nieustannej czujności i kwestionowania wszystkiego, co się da, ciągłego przyglądania się samemu sobie i swoim metodom.

Jak to się ma do komiksu Henryka? „Tylko spokojnie” opowiada o tym, jak człowiek reaguje na sytuacje kryzysowe, które wywracają życie do góry nogami; mottem tego komiksu mogłyby być słowa żony głównej postaci, która stwierdza, że „nieczęsto dowiadujesz się, że umrzesz”. Kiedy u Marka zostaje zdiagnozowany nowotwór, zmienia się wszystko, co dotychczas wydawało się pewne, trzeba na nowo zdefiniować samą siebie i swój stosunek do otoczenia. Markowi pomaga mu w tym miłość do muzyki: w wyobraźni prowadzi rozmowy z najważniejszymi dla siebie wykonawcami, dzięki czemu udaje mu się spojrzeć na siebie samego z zewnątrz, przez pryzmat ich twórczości. Jimi Hendrix, Miles Davis i Bob Dylan stają się duchowymi przewodnikami, którzy wytrącają postać z apatii i utartych myślowych schematów, dzielą się z nim swoim spojrzeniem na to, jak powinien podchodzić do życia, w którym kluczową rolę zaczyna odgrywać terapia, jak powinien je interpretować i jak o nim opowiadać innym i samemu sobie. Marek z niektórymi radami się zgadza, z innymi nie, ale na pewno nie pozostaje obojętny wobec żadnej z opinii swoich idoli.

Rzecz jednak w tym, że wszystkie te rozmowy Marek prowadzi sam ze sobą, z tym, jak rozumie twórczość Hendriksa czy Dylana, jak interpretuje relacje ich życiorysów z twórczością. Trudno stwierdzić, czy tego typu spotkania sam na sam ze sobą zdarzały się wcześniej, ale można przypuszczać, że nie; muzyczne życie Marka przed diagnozą zostało przedstawione jako kolekcjonowanie kolejnych albumów, śledzenie losów ich twórców, koncerty, dyskusje i godziny, godziny, GODZINY słuchania. Wszystkie płyty ze swojej gigantycznej kolekcji zna już chyba na pamięć, stworzył z nich prywatny wszechświat. Każdy na pewno zna to uczucie, kiedy życie staje się zbyt skomplikowane albo przytłaczające i najlepszym lekarstwem na to staje się powrót do dobrze znanej muzyki, stworzenie z niej własnej bezpiecznej przestrzeni, w której można odzyskać siły i po prostu odpocząć. Celowo tworzymy inny świat, wycinamy kawałek tylko dla siebie z tego już istniejącego, kiedy rzeczywistość staje się zbyt chaotyczna, przypadkowa, nieprzewidywalna. Analogicznie w przypadku czytania książek, oglądania seriali itd.

Co jednak w sytuacji, kiedy taka pomoc przestaje działać? Niedawno czytałem tekst na jednym z serwisów książkowych, że mimo że mamy teraz sytuację pozornie idealną do nadrabiania swoich lekturowych Hałd Hańby, może zdarzyć się, że skupienie się na treści stanie się zadaniem niemal niewykonalnym. Kiedy zewsząd docierają coraz to nowe, traumatyczne, często sprzeczne ze sobą informacje, a jedna w drugą negatywne (niezależnie od stopnia ich prawdziwości), trudno znaleźć miejsce w głowie jeszcze na zaangażowanie się w fikcję czy literaturę non fiction; świat tu i teraz wydaje się wystarczająco oderwany od rzeczywistości, więc trudno uciekać od niego w inne formy opowieści. Podobnie jest z muzyką, zwłaszcza tak wymagającą intelektualnie jak jazz Milesa Davisa. Intertekstualność i wielowymiarowość muzyki idolów Marka może stać się barierą nie do przekroczenia dla kogoś, kto wszystkie swoje siły umysłowe i fizyczne poświęca na opór wobec sytuacji, w której śmierć staje się wyjątkowo wyrazistym elementem życia. Tak jak literatura, tak i muzyka niekoniecznie mogą być najlepszym możliwym wyjściem, kiedy potrzeba oderwania się od rzeczywistości – po prostu sytuacja wymaga zupełnie innego podejścia.

Podobnie poczułem się, kiedy zacząłem zastanawiać się nad kształtem tego tekstu – na ile moje dotychczasowe metody sprawdzą się, kiedy świat staje się definicją groteski, która obala dotychczasowe zasady, ale nie proponuje żadnych nowych, możliwych do zaakceptowania. Co zrobić, kiedy dotychczasowa forma przestaje pasować do nowych warunków, ale nie wiadomo jeszcze, jak na nowo znaleźć swoje miejsce? Literatura i muzyka wciąż zajmują ważne miejsca w życiu tych, dla których były dotychczas istotne, ale ich potencjał tworzenia bezpiecznych, znajomych miejsc, odkrywania czegoś, o czym dotychczas się nie wiedziało, życia w sposób inny niż tu i teraz, rozszerzania horyzontów, zdaje się nie wystarczać i w czasach próby, w których nie wiadomo, do czego to wszystko doprowadzi, oczekiwania wobec sztuki zaczynają być nieco inne.

Jednym z głównych motywów komiksu Henryka jest poszukiwanie przez Marka utworu Milesa Davisa, którego istnienia wcześniej nie przypuszczał. Staje się to w pewnym momencie głównym zadaniem do zrealizowania, jedną z ostatnich szans na nieosunięcie się w apatię i ponurą akceptację własnego losu. Ten utwór ma dostarczyć odpowiedzi, pomóc zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi – mówi mu o tym sam Davis, posługując się metaforą listu w butelce, którym jest twórczość każdego muzyka. W swojej twórczości zawiera myśli, uczucia, nadzieje i lęki w nadziei, że ktoś je odczyta i zrozumie, nawet jeśli szanse na to są dość niewielkie. Tyle że znów – Marek rozmawia sam ze sobą, więc musi wiedzieć o istnieniu tego utworu, nawet jeśli teraz zarzeka się, że nigdy go nie słyszał. Skoro w prywatnej kolekcji go nie znajduje, może w tych rozmowach jest coś bardziej mistycznego niż tylko wewnętrzne dialogi, ale podoba mi się myśl, że kiedyś dowiedział się o tym nagraniu, ale nie zwrócił wtedy na niego uwagi, bo nie był mu w tamtym momencie potrzebny.

Nie zdradzę więcej na temat tego „zaginionego” utworu, bo warto szukać go wraz z Markiem, ale samo to, że pojawia się w jego życiu akurat w tym momencie i odgrywa tak wielką rolę pokazuje, że czas próby pozwala spojrzeć na te same rzeczy z zupełnie innej perspektywy, otworzyć się na to, czego wcześniej się nie spodziewało lub obawiało. W końcu nie tylko artysta/artystka rzuca swoją twórczością list w butelce do oceanu, ale także odbiorcy sztuki robią to np. podczas czytania kolejnych książek czy sięgania po czyjś album muzyczny. Sztuka pozwala nie tylko uczestniczyć w czyimś życiu wewnętrznym i spojrzeć na świat czyimiś oczami, ale prowokuje też do zastanowienia się nad sobą samym/samą. W życiu Marka diagnoza staje się punktem zwrotnym, po którym jego uwaga skupia się nie tyle na świecie zewnętrznym, ile na wewnętrznym; trudny czas to zarazem czas refleksji nad tym, czego właściwie się szuka. Nie każda książka, wiersz, obraz czy utwór dokonują rewolucji – tak naprawdę w życiu ma się chyba szansę na jedynie kilka takich momentów – ale nie przestaje się szukać zarówno w nowościach, jak i w tym, co się już zna. To, że na coś wcześniej nie zwróciło się uwagi, nie znaczy, że tego tam nie ma, dlatego ten sam osłuchany album może odsłonić swoją nieznaną dotychczas stronę, kiedy tego akurat potrzebujemy. Częścią wiadomości od artysty może stać się właśnie: „spójrz także na siebie, o czym świadczy to, że sięgnąłeś/sięgnęłaś akurat po to? Albo że tego nie zrobiłeś/zrobiłaś?”.

Co w takim razie mówi o nas to, że decydujemy się nie sięgnąć po książkę czy, jak w moim przypadku, siadamy do napisania tekstu ot tak na żywioł, bez uporządkowania? Jak świadczy o Milesie Davisie stworzenie siódmego utworu z albumu, a o Marku, że nagranie to staje się nagle naprawdę ważne? Trudno znaleźć jednoznaczną interpretację Tylko spokojnie; komiks czytany na przełomie marca i kwietnia tego roku wydaje mi się dobrą metaforą życia, które wiele traci, kiedy człowiek skupia się tylko na ciągłym gnaniu naprzód. Kierowanie swojej uwagi na zewnątrz, na wydarzenia, które dzieją się dookoła, przy jednoczesnym braku refleksji nad tym, co się robi, wydaje się już nie przystawać do nowej rzeczywistości, która dobitnie udowodniła, że ta droga łatwo może doprowadzić donikąd. Komiks Henryka przypomina, że wybór skupienia się na sobie, kiedy coś wydaje się nie grać, nie powinien być postrzegany jako życiowa porażka. Trudne czasy przypominają o tym, że konieczność zmiany nie oznacza tego, że coś jest z nami nie tak, ale jest okazją do spojrzenia na rzeczywistość z innej perspektywy i skupienia się na tym, co dotychczas umykało.

Ilustracje pochodzą z: Henryk, Tylko spokojnie, Warszawa: Kultura Gniewu, 2017.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *