Groza wielkich miast

Przedmieścia, zabite dechami wsie i wszelkie miejsca znajdujące się daleko od wielkich skupisk ludzi są bardzo wdzięczną scenerią do tworzenia grozy. Tam, gdzie przestrzeń przestaje być zorganizowana w każdym szczególe, łatwiej o niesamowitość, lęk, nieznane. W takim układzie historie grozy w miastach powinny być niemożliwe do stworzenia. A przynajmniej tak się wydaje.

Świat w fabule grozy nie istnieje po to, żeby ludzie czuli się w nim dobrze czy bezpiecznie. Staje się on sceną konfrontacji dotychczasowych przekonań z rzeczywistością, która je podważa. Oto okazuje się, że świat nie wygląda tak, jak się sądziło, co więcej – rządzi się zupełnie innymi prawami, często niezrozumiałymi. Brak wiedzy nie jest jednak żadnym usprawiedliwieniem i zazwyczaj doprowadza do sytuacji, w której postacie starają się uchwycić strzępy tego, co jeszcze rozumieją, i dzięki temu jakoś nawigować w kierunku wyjścia z sytuacji, w stronę bezpieczeństwa. Ignorancja jest tu celem i błogosławieństwem, nie wiedzieć to żyć w spokoju.

Rzeczywistość nie respektuje jednak niczyich potrzeb czy zasad i nie zależy jej na tym, czy zrozumiesz nowe reguły, czy się od nich odetniesz. Musisz grać według nich, nawet jeśli ich nie rozumiesz. Opowieści takie jak Lśnienie, Miasteczko Twin Peaks czy uniwersum tworzone przez Lovecrafta łączy właśnie to, że ludzie zostają wystawieni na działanie nieznanych sił z dala od przestrzeni, w której czuli się pewnie. Łatwo być racjonalnym w wielkim mieście, pozornie całkiem ujarzmionym i podporządkowanym ścisłym zasadom. Gorset racjonalizmu ulega jednak rozluźnieniu, jeśli oddalić się od znajomego otoczenia lub kiedy wręcz zostać samemu/samej; wtedy nic nie stoi między człowiekiem a resztą świata poza przekonaniami i schematami myślenia. Na przedmieściach będących scenerią wielu odcinków serialu Gęsia skórka, w ukrytym w lesie Twin Peaks czy na zapadłej prowincji Zgrozy w Dunwich granica między człowiekiem a rzeczywistością zaczyna się zacierać i ulega przekształceniom, ponieważ zawsze przedstawia się je jako obce miejsca gdzieś na końcu drogi – dlatego tak łatwo przekraczać ją w fabułach grozy.

Co jednak z miastem? Przestrzenią pozornie ujarzmioną, pozbawioną niesamowitości, bo wszystko zostało w niej zaprojektowane i zbudowane tak naprawdę od zera? Nie chodzi mi w tym przypadku o konwencje takie jak urban fantasy, w których elementy fantastyczne zostają przeniesione do scenerii miasta, ale o grozę wypływającą wprost z tego, że znajdujemy się w mieście, możliwą do zrealizowania tylko w tej konkretnej scenerii. Wydaje mi się, że jedną z cech takiej konwencji, z którą mamy do czynienia we flipbookach Winda/Graniczna Tomasza Kontnego i Mikołaja Ratki oraz Dzieci swoich rodziców/Rodzice swoich dzieci Daniela Gizickiego, Mikołaja Ratki i Wojciecha Stefańca, mogłaby być utrata kontroli nad otoczeniem, nad którym człowiek miał sprawować całkowitą władzę. Zarówno w grozie wynikającej z oddalenia i niedoboru informacji (nie znamy zasad istniejących w innym miejscu), jak i tej miejskiej, w której wszystko wydaje się uporządkowane, rzeczywistość wkracza w życie, żeby pokazać, że nic nie jest takie, jak się wydawało. W przypadku tej drugiej mamy jednak do czynienia także z poczuciem świata wymykającego się z rąk, tym bardziej dotkliwym, że wcześniej wydawało się, że nad wszystkim panujemy i że decydujemy o własnym losie od początku do końca.

Innymi słowy, groza miejska to groza przestrzeni, która została zaprojektowana i stworzona przez człowieka, ale przestaje być jego miejscem. Świat w obu flipbookach jest nie tyle obcy i niepoznany, bo ktoś lub coś tak chce, ale dlatego że zaczyna wymykać się poznaniu. Miasto zaczyna przypominać żywy organizm o coraz większym stopniu skomplikowania lub katedrę o tak wielkiej ilości zdobień, zagłębień i cienistych miejsc, że nawet osoby projektujące budynek nie bardzo wiedzą, co właściwie stworzyły. Zaczyna żyć własnym życiem, tworzyć nowe miejsca i pozwolić, żeby stare obumarły, rozwijać własne zasady, coraz bardziej rozbieżne z tymi, które rządzą codziennym życiem osób w nim mieszkających. Niesamowitość i groza zagnieżdżają się w miejscach porzuconych, o których istnieniu wiemy i których funkcjonowanie zdaje nam się, że rozumiemy, więc nie poświęcamy im uwagi. Niesamowitość gra tu nie tyle na niewiedzy, ile na pozbyciu się wiedzy; niektóre przestrzenie wydają nam się tak zwyczajne, że usuwamy z pola widzenia, żeby poświęcić uwagę innym kwestiom. To tak jak ze zdjęciem wiszącym od lat na ścianie, które w naszej świadomości zrosło się z tą ścianą do tego stopnia, że przestajemy je zauważać, staje się po prostu elementem znajomego i pozornie statycznego krajobrazu.

Wystarczy jednak, żeby ktoś inny spojrzał na to samo zdjęcie i nagle obiekt powraca do rzeczywistości. Zaczyna się wyróżniać – możemy o nim opowiedzieć, ktoś inny może podzielić się własnymi spostrzeżeniami i nagle zdjęcie staje się czymś innym, niż było dotychczas, nabiera znaczeń, którymi obdarował je także ktoś z zewnątrz. Właśnie to robią autorzy wspomnianych komiksów: patrzą na codzienność i wydobywają z niej to, o czym nie chcemy lub nie lubimy myśleć, co dla wygody czy bezpieczeństwa spychamy na peryferia świadomości. Izolujące od reszty świata przestrzenie piwnicy i windy, w których człowiek zostaje sam na sam ze sobą w Windzie. Escherowska architektura budynku w Granicznej, odpowiadająca (a może będąca źródłem?) coraz bardziej skrzywionym i coraz mniej przewidywalnym osobowościom osób kryjących się za drzwiami pozornie takich samych mieszkań. Absurdalnie wielkie, dające pozór kontroli nad przestrzenią bloki i twarze będące maskami w Dzieciach swoich rodziców. Podupadające miejsca i niszczejący ludzie w Rodzicach swoich dzieci – cienie, niedopowiedzenia, lęki i okrucieństwo czyhające na każdą osobę, która nie dostosuje się do zasad przetrwania i choć na chwilę opuści gardę. To, co znaliśmy, nagle okazuje się iluzją, jedynie przypuszczeniem opartym na niepełnych informacjach, chęcią załatania dziur w postrzeganiu świata – nawet kosztem poznania tego świata i zasad nim rządzących.

To, co działa w „zwyczajnym” świecie, przestaje wystarczać, kiedy otwiera się przed nami przestrzeń niewiedzy czy też wiedzy innego rodzaju. Każdy z komiksów zaczyna się co prawda całkiem przyziemne – młoda kobieta wprowadza się do nowego mieszkania i jest oprowadzana przez stróża po budynku (Graniczna), nocny stróż stara się rozwiązać zagadkę nagrania z monitoringu (Winda), młody komiksiarz poznaje swojego starszego sąsiada i stara mu się odwdzięczyć za pomoc (Dzieci swoich rodziców), esbek szantażuje matkę nastolatki (Rodzice swoich dzieci). Wszystkie sytuacje stają się jednak punktami wyjścia dla coraz bardziej wikłającej się fabuły, czy to przez coraz dalsze wkraczanie w obcą przestrzeń, czy to przez własny lęk.

Grozą jest tu jednak nie tylko odkrycie prawdy na jakiś temat, zdobycie informacji. Przestrzeń miasta we flipbookach to przestrzeń wciąż się zmieniająca, wymagająca nadążania i elastyczności, dostosowywania się do wciąż zmieniających się zasad albo odwagi, żeby pójść własną drogą. To świat groteski, w której dotychczasowe zasady zastępowane są nowymi, jeszcze niepoznanymi, ale już domagającymi się respektowania. W grozie dalekiego miejsca, o której wspomniałem na początku, chodzi o ustosunkowanie się do reguł panujących gdzieś-nie-tu, kwestionujących przekonanie o nienaruszalności konstrukcji naszego dotychczasowego świata – skoro coś wygląda w ten sposób tutaj, zapewne wszędzie indziej też tak jest. Groza miejsca bliskiego, obecna we flipbookach, o tyle mocniej niepokoi, że nie ma już miejsca bezpiecznego, do którego można wrócić z dalekich, obcych stron, bo także to ono się zmienia, przestaje być nasze.

Ten rozdźwięk widać chociażby w Dzieciach swoich rodziców na przykładzie Łukasza i jego siostry – pierwszy, mimo że od zawsze ćwiczył się w rysunku, nigdy nie wychodzi poza dzieciństwo i nie umie odnaleźć się w świecie dorosłych, z ich zobowiązaniami i problemami. Nawet kiedy poznaje straszną prawdę, do czego dąży przez cały komiks, wciąż trudno mu w nią uwierzyć – tak przywiązuje się do pewnego zestawu wyobrażeń, że nie potrafi przyjąć, że świat może wyglądać inaczej, straszniej. Postrzegamy fikcyjny świat z jego perspektywy, tak jak Łukasz go rozumie, a więc mamy poczucie, że wszystko jest chałowe, ale stabilne, przewidywalne. Tym bardziej szokująca jest prawda – po prostu główna postać nas na nią nie przygotowała. Jednak gdy my zostajemy rozbici tą prawdą, Łukasz zdaje się ją wypierać i powracać do znanych sobie kategorii. Wolę świat, który znam, nawet jeśli jest fałszywy, nie zamierzam wierzyć w żaden inny, zdaje się mówić. Ostatni kadr, pokazujący kilkunastopiętrowe bloki z oddalenia, okazuje się tym bardziej przytłaczający – pozornie tacy sami ludzie mieszkający w takich samych mieszkaniach mogą skrywać mroczne tajemnice, ale z zewnątrz wszystko wygląda w porządku, wszyscy są tacy sami, prostolinijni mieszkańcy prostolinijnych bliźniaczych bloków. Za takimi samymi oknami w gładkich ścianach nie może kryć się coś, co odbiegałoby od tego, co znamy, bo przecież wszystko da się przewidzieć i kontrolować. Mamy poczucie, że wiemy, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami, że mamy kontrolę, i to nam wystarcza.

O ile jednak Łukasz nigdy specjalnie nie opuszcza miejsca, w którym znalazł się jeszcze w dzieciństwie, o tyle jego siostra zdaje się nie brać niczego za pewnik. To, kim się stała, jest wynikiem jej walki o siebie na każdym kroku. Podczas gdy Łukasz tak naprawdę nie zmienia się z wyglądu mimo upływu lat, jego siostrę przedstawia się z wielu różnych stron. Mamy więc buntowniczkę, pielęgniarkę (chyba), prawniczkę, która w końcu wychodzi na swoje. Żeby nie dać się zniszczyć miastu, zrozumiała jego zasady, bo poznała je z wielu stron. Dla niej niepokój nie jest czymś nagłym i niespodziewanym, ale elementem codziennego życia, który nie niszczy, bo został zaakceptowany.

Miejska groza w tych komiksach nie bierze się z nagłego odkrycia czy zniszczenia dotychczasowego obrazu świata, ale z tego, co wiedza robi z człowiekiem. Nie chodzi tylko o to, żeby przestraszyć, ale żeby pokazać rolę tej niesamowitości o wielu obliczach, która czai się tam, gdzie pozornie nic nie ma. Po zajściach z komiksów nikt nie pozostaje obojętny, ale już od postaci zależy, co zrobi z posiadaną wiedzą. Łukasz stara się od niej odciąć, nie chce, żeby była częścią jego życia; ktoś inny daje się porwać wydarzeniom, przez co nigdy nic nie jest już takie samo; jeszcze ktoś przeżywa katusze przez samą możliwość, że coś może się wydarzyć, a wyobrażenia stają się bardziej przerażające od rzeczywistości. Wnętrze człowieka w komiksach Gizickiego, Ratki, Stefańca i Kontnego staje odbiciem miasta – od czegoś się odwracamy, czegoś nie wiemy, ale właśnie z tych zakamarków wyłazi czasem coś, czego się nie spodziewamy. Źródłem grozy jest to, że wszystko rozgrywa się w znanej przestrzeni, która nagle staje się obca i nie ma dokąd przed tą obcością uciec. A to, co wyniknie z takiego spotkania, zależy już tylko od nas.

Ilustracje pochodzą z: Tomasz Kontny, Mikołaj Ratka, Graniczna/Winda, Celuloza, 2018; Daniel Gizicki, Mikołaj Ratka, Dzieci swoich rodziców i Daniel Gizicki, Wojciech Stefaniec, Rodzice swoich dzieci, Celuloza, 2019.
Dziękuję wydawnictwu Celuloza za udostępnienie egzemplarzy recenzenckich!