Gizicki, Pawlak, “Wilcze doły”

Przez długi czas zastanawiałem się, jak właściwie napisać o Wilczych dołach Daniela Gizickiego i Grzegorza Pawlaka. Kiedy ma się do czynienia z czymś tak zwięzłym jak opowiadanie o woju (chyba…?), który zabłądził (tak sądzę…?) w lesie i trafia na starca uwięzionego (możliwe…?) w jednej z tytułowych pułapek, trzeba bardzo uważać, żeby nie przekroczyć bardzo cienkiej granicy – za nią w półmroku szczerzy swoje kły złowrogi spoiler. Tak jak w lesie wypełnionym wilczymi dołami, liczy się każdy krok i uważnie przyglądanie się każdemu słowu, bo z zastawianych przez nie pułapek wydostać się równie trudno co z dziury w ziemi.

Dlatego nie zamierzam pisać o tym, co dzieje się w tym komiksie ani o tym, jak zostało to przedstawiona. W przypadku Wilczych dołów, trochę na przekór, zrecenzuję to, czego w nim nie znajdziemy i co nie zostało pokazane, bo opowiedziana historia odsyła nas tak naprawdę do gęstej sieci kontekstów i odniesień.

Tak jak ja muszę uważać teraz, siedząc z herbatą przy klawiaturze komputera, tak samo wiele uwagi wymaga tworzenie obrazu z życia – bo tylko takie określenie przychodzi mi na myśl w odniesieniu do tego komiksu. Obrazek, czyli coś, co nie ma na celu przedstawienia całości, ale wycinka świata. Trochę jak w przypadku rysunku czy zdjęcia, osoba, która je tworzy, podejmuje decyzję nie tyle o tym, co w nim zawrzeć, ile co odrzucić, tak żeby zachować spójność i przekazać określoną treść. Jednocześnie, moim zdaniem, najlepsza fotografia nie stara się stworzyć wrażenia, że jest samowystarczalna, że zamyka w sobie wszystko, co jest potrzebne do zrozumienia przekazu, ale zmusza do myślenia i odsyła do świata poza sobą. Przedstawia coś, ale też katapultuje odbiorcę daleko od siebie; potem, kiedy już poświęcimy trochę czasu na zrozumienie czy przypuszczenie, dlaczego obraz wygląda tak a nie inaczej, wracamy z nowo zdobytą wiedzą czy refleksją i nadajemy temu samemu obrazowi nowe znaczenie. Obraz z życia jest właśnie tym, co sugeruje „z” – fragmentem sugerującym całą pulsującą barwność życia poza sobą, próbą zatrzymania na chwilę jego części fragmentu i uczestnictwa w tym, co się dzieje. Potem pozostaje nam domyślać się, co znaczyły wydarzenia, jaki jest ich kontekst, skąd przychodzą i dokąd odchodzą postacie, czy opowiedziana historia będzie miała na ich dalsze losy jakikolwiek wpływ.

Kiedy czytamy komiksy – w ogólnym sensie – zgadzamy się na to, że nigdy nie dowiemy się, jak coś przebiegło naprawdę. Wszystko zaczyna się i kończy w kadrze, który jest jak okno, dzięki niemu możemy zajrzeć do fikcyjnego świata. Kwestia tego, czy granice ujęcia zostaną wyraźnie zaznaczone, jedynie zasugerowane czy w ogóle ich nie będzie, a rysunek znajdzie się bezpośrednio na stronie, sprawia, że nasza relacja z tym, co przedstawione, staje dynamiczna. Możemy bezpiecznie oprzeć się o framugę i patrzeć z dystansu, możemy usiąść na parapecie i zwiesić nogi po drugiej stronie, możemy wręcz wyjść przez okno (metaforycznie, oczywiście – nie próbujcie tego w domu!) i zakwestionować istnienie jakiejkolwiek granicy.

Niezależnie od tego, w jaki sposób ta relacja między jednym a drugim światem zostanie ustanowiona, okno wciąż istnieje. Kadr, nawet jeśli nie widzimy go bezpośrednio, wciąż tam jest, podobnie jak strona czy ekran ze swoimi granicami. Komiks pozwala zajrzeć do fikcyjnego świata, ale zawsze przypomina jednocześnie: to tylko wycinek, a nie całość. Przerwy między kadrami czy otaczająca je pusta przestrzeń strony czy wyświetlacza przypominają, że ta rzeczywistość istnieje na innych zasadach i nawet jeśli możemy jej doświadczyć bezpośrednio, nie będziemy w stanie poznać jej w pełni, bo po prostu do niej nie należymy. Tak jak rama obrazu, ramka na zdjęcie czy okładka książki, kadrowanie zaprasza do przedstawionej rzeczywistości, ale wyznacza też granice poznania. Każde podejście do lektury czy oglądania jest przyjęciem tego założenia – możesz w tym uczestniczyć, ale na prawach gościa, zobaczysz tylko to, co osoba tworząca ten świat zechce ci pokazać.

Wilcze doły wydają się właśnie tym – obrazem, który ma odsyłać, sugerować, a nie istnieć samodzielnie. Na pierwszy rzut oka to po prostu anegdota, którą woj Sławko mógłby opowiedzieć gdzieś w gospodzie czy przy ognisku. Niezbyt rozwinięta czy pogłębiona, z racji krótkości trudno się w nią zaangażować, kończy się, zanim na dobre się zacznie. Na początku tekstu starałem się w jednym zdaniu wprowadzić w fabułę, ale wszystko, co tam napisałem, podałem jednocześnie w wątpliwość, bo o wiele więcej dzieje się na zewnątrz tego komiksu niż w obrębie tych kilku stron. Woj Sławko – ale co za woj, skąd ten woj? Czy jest u kogoś na służbie, czy jest raczej wolnym strzelcem, wagabundą poszukującym zleceń? Uczciwy wojownik, opryszek podający się za kogoś, kim nie jest, początkujący rębajło szukający sławy czy ktoś zupełnie inny, kto nie przychodzi do głowy na pierwszą myśl? Nie musi być nawet wojem; zostaje tak nazwany przez starca i łapiemy się tego określenia, bo nie przychodzi na myśl żadne inne. Sławkowi brak oznaczenia przynależności do jakiejkolwiek grupy, przez co staje się uniwersalnym obrazem wojownika z dawnych czasów. Podobnie las, podobnie dziad, podobnie pułapka i to, co dzieje się później. Wszystko nabiera posmaku historii opowiadanej tak często, że już się wytarła ze szczegółów, które mogłyby pomóc odnaleźć jej źródło – stała się własnością wszystkich, legendą, anegdotą, przypowieścią, fragmentem pieśni.

Najbardziej dynamiczna akcja rozgrywa się poza czarno-białym lasem, przez który wędruje Sławko. Wszystkie domysły, przypuszczenia, byćmoża, chyby i zapewny tylko bardziej angażują w lekturę; dzięki nim historia, którą mógłby opowiedzieć każdy, staje się nasza, indywidualna. Możemy ją rozwinąć, ale nie musimy. Wilcze doły mogą się obejść bez jakiegokolwiek dopełniania – to umiejętnie opowiedziana, domknięta historia o pewnym wydarzeniu, można poprzestać na tym. Ktoś chciał nam ją opowiedzieć w określony sposób i to zrobił, kropka. Tyle że trudno się powstrzymać – komiksy to niedopowiedzenia, przypuszczenia i wolność snucia domysłów, co autorzy także bardzo dobrze wykorzystują. Obraz z życia Sławka, w którym mamy okazję przez chwilę uczestniczyć, jednocześnie pozostaje z nami i wymyka się nam z rąk. Granica poznania fikcyjnego świata zostaje nakreślona i tylko od nas zależy, czy ją przekroczymy. Wilcze doły mogą pozostać historią uniwersalną, ale mogą też stać się czyjeś – obie opcje są równoważne, a Gizicki i Pawlak pozostawiają otwartą furtkę tym, którzy chcieliby w swoich głowach podążyć śladami Sławka.

Ilustracje pochodzą z: Daniel Gizicki, Grzegorz Pawlak, Wilcze doły, Celuloza, 2019.
Dziękuję za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego <3