Wiedźmowróżka tego lasu

Retelling baśni, o których myśleliśmy, że dobrze znamy, pozwala dostrzec dotychczas przeoczane kwestie. Okazuje się, że za pozorną beztroską i lukrem ich współczesnych wersji kryją się poważne tematy i obraz świata dalekiego od najlepszego z możliwych. Skóra z tysiąca bestii Stéphane’a Ferta to historia o prawie do opowieści – kto może i powinien zajmować się ich tworzeniem oraz czy tradycja oznacza stagnację, czy rozwój.

Nie ukrywam, że ten komiks zrobił na mnie duże wrażenie, dawno podczas lektury nie czułem tak wielu sprzecznych emocji naraz. Podczas gdy Lou po przypadkowym spotkaniu z Jeżynką w lesie przemierza świat, żeby odnaleźć ukochaną, ona sama robi wszystko, żeby odnaleźć własną drogę w życiu i wyrwać się spod władzy ojca – władającego potężną magią okrutnego króla leśnych owadów. Akcja jest gęsta, a postaci wielowymiarowe i skomplikowane. Nic, co robią, nie pozwala poczuć, że ostatecznie udało się uchwycić sedno tej opowieści, że już wiemy, co się dzieje – i tak powinny działać baśnie.

Zbyt często, niestety, utożsamiamy je jednak z wygładzonymi, lukrowanymi wersjami, w której nawet brutalność wilka pożerającego dwie osoby i późniejsza krwawa interwencja myśliwego nie mają w sobie w sumie nic z grozy. Ot, kobiety wyskakują, zło zostaje pokonane, wszyscy żyją długo i szczęśliwie – może poza łotrem, ale on jest przecież zły, a zło się pokonuje, nieprawdaż? Cóż, nie takie prawdaż, jakbyśmy chcieli. Na półkę można też w sumie odłożyć zdanie, że baśnie na początku były okrutne i to nie dzieci były ich odbiorcami, dopiero potem uległy wygładzeniu. Obie te dość powszechne opinie ujawniają dość istotny problem, do którego nie chcemy się przyznawać i którego często sobie nie uświadamiamy – to historie kształtują nas, a nie na odwrót. Baśnie mogą wydawać się współcześnie całkowicie ujarzmione – każda ma swoją „kanoniczną” wersję, której inne warianty funkcjonują bardziej na prawach ciekawostki, ale niech no ktoś odważy się podnieść rękę np. na to, jak sobie wyobrażamy Piękną i Bestię, biada! – ich znaczenie sprowadzone do podsumowania prostym przesłaniem jak w przypadku bajki, a sam gatunek na zawsze przyporządkowany dzieciństwu; człowiekowi wydaje się, że jego relacja z historiami jest jednostronna, że to on je kształtuje i podporządkowuje własnym woli i rozumieniu świata.

Niezliczone zbiory baśni czy ekranizacje tylko utrwalają ten homogeniczny wizerunek, zatrzymują historie w czasie. Im bardziej przyzwyczajamy się do opowieści w dany kształcie, tym dziwniejsze mogą wydawać się w niej jakiekolwiek zmiany, próby interpretacji podważającej to, w jaki sposób dotychczas je postrzegaliśmy; każde takie wytrącenie z poczucia pewności najczęściej spotyka się początkowo z wrogością. Baśń ma być taka a taka i już, nie ma innej możliwości. Bardzo łatwo zapomnieć, że związek ludzi i ich opowieści jest bardzo intymny, obie jego strony na siebie wpływają i zmieniają się pod własnym wpływem. Historia o Czerwonym Kapturku jest jedną z najstarszych opowieści ludzkości i w najróżniejszych wariantach występuje na całym świecie, dlatego że była modyfikowana przez warunki i kontekst. W zależności od tego, co chciał opowiedzieć gawędziarz, jedne elementy mogły być pomijane, inne wyciągane na pierwszy plan; zresztą, jeśli coś opowiadamy, za każdym razem nasza opowieść różni się od poprzedniej wersji. Nie chodzi mi jednak o „kiedyś to były stare, dobre czasy” – raczej o to, że każda żywa baśń, czyli taka, która podlega zmianom, funkcjonuje jako wciąż aktualna historia, musi podlegać zmianom, tak samo zresztą jak ktoś, kto jest jej odbiorcą. Koniec końców po to opowiada się historie – żeby wpłynąć na drugą osobę, pozwolić spojrzeć na świat własnymi oczami. W momencie, w którym nie da się już wskazać nic autorskiego w danej historii, w której jest bezrefleksyjnie powielana, baśń umiera, staje się komercyjnym produktem. Fabuła i sposób jej przekazywania podlegają zmianom, bo zmieniają się ludzie, zarówno w skali od jednego opowiedzenia do drugiego, jak i w tej większej, kiedy trudno już dostrzec, co zostało z oryginału.

Wykorzystanie komiksu do stworzenia baśni tylko wzmacnia efekt autorskości wypowiedzi. W Skórze… wiele różnych chwytów i motywów zostało wykorzystanych do tego, żeby autor mógł porozumieć się z czytelnikiem/czytelniczką, żeby mógł powiedzieć: „ta historia jest dla mnie właśnie tym”. Znajdziemy tu i sporą dawkę ironicznego humoru, i poezję Baudelaire’a, i przedstawienia dążące do realizmu, i impresjonistyczne podejście do kompozycji kadru, które za pomocą kolorów, kształtów i rozmywających się linii pozwala np. pokazać zarówno emocje seksualnej fantazji, jak i samego aktu. Trudno w przypadku tego komiksu mówić o jakimkolwiek jednoznacznym przesłaniu, które można by wygodnie zamknąć w jednym, góra dwóch zdaniach. Widać, że historia, którą opowiada Fert, stanowiła wyzwanie nie tylko dla samych słów, niewystarczających do jej właściwego przekazania, ale też dla formy komiksu, którą autor zdaje się miejscami naginać, testować jej wytrzymałość. Mamy tu do czynienia z w miarę spójną narracją, ale nie ona jest tu najważniejsza, zdaje się jedynie pretekstem – ważniejsze wydaje się stworzenie pewnej atmosfery, przekazanie stanu ducha, wyrażenie siebie za pośrednictwem mieszanej formy, kiedy wybór jednej okazuje się niewystarczający.  

Pismo z jednej strony daje wiele możliwości – pozwala dotrzeć do ludzi, z którymi raczej byśmy się nigdy nie spotkali, także kiedy mówimy o czasie – jeśli tylko okoliczności okażą się sprzyjające, okaże się nieco bardziej zbliżone trwałością do spiżu niż z początku sądziliśmy. Za słowami można jednak bardzo wygodnie się schować, a ta możliwość często okazuje się zbyt kusząca. Bardzo łatwo ocenzurować samego/samą siebie, przemilczeć to, co naprawdę chciało się napisać, zastosować elipsę zamiast napisać wprost o tym, co chcemy wykrzyczeć światu – żeby tylko za bardzo się nie odsłonić. Słowa mają wielką moc opowiadania o świecie, ale też tworzenia jego obrazu, opartego na tym, jak chcielibyśmy, żeby wyglądał, albo na tym, że coś wolimy przemilczeć. Tymczasem komiks zdaje się zbliżać raczej do formy oralnej, jako że język staje się w nim częścią obrazu. Tu już nie można się schować za zasłoną frazesów czy skomplikowanych zdań – to, jaką paletę kolorów wybiorą autor/autorka, jaką kreskę, jak wykadrują, co pokażą, a co pozostawią w przestrzeni między kadrami, wszystko pomaga zobaczyć historię tak, jak nadawca ją postrzega, włącznie z tym, czego nie da się zamknąć w słowach.

Przypomina to czytanie na głos – nawet jeśli to ktoś inny stworzył i spisał historię, na chwilę staje się ona częściowo moja, bo sama lektura powołuje ją do życia. Wszystkie zawahania, drżenia, zmiana tonu świadcząca o zaaferowaniu, wciągnięciu się lub chęci pominięcia, znaczące pauzy i przyśpieszenia sprawiają, że nawet dobrze znana, oklepana fabuła staje się niepowtarzalna przez sam fakt, że dzięki czyjejś wrażliwości i kontekstowi, w jakim się pojawia, staje się niepowtarzalna. Komiks działa podobnie, zwłaszcza kiedy pojawia się w nim baśń – historia, która ukształtowała w jakiś sposób autora/autorkę, zostaje dogłębnie przemyślana i zamknięta w formie, która także czerpie z ich wrażliwości ukształtowanej np. przez inne doświadczenia lekturowe i estetyczne, niekoniecznie komiksowe. Potem trafia w ręce czytelnika/czytelniczki, którzy otrzymują wgląd w czyjś inny świat, po czym z tych dwóch inności powstaje nowa całość. Autor/autorka zmieniają się, bo poddają starą historię reinterpretacji; odbiorca zmienia się, bo może spojrzeć na znaną opowieść z nowej, nieoczekiwanej perspektywy; historia zmienia się pod wpływem aktu tworzenia, w którym zawiera się i pierwsza kreska, i przeczytanie ostatniego słowa. Komiks korzysta z podobnej hybrydyczności przekazu, co historie opowiadane na głos, dzięki której nie dotyczą go ograniczenia określonych form wyrazu; tu słowo staje się obrazem, obraz językiem, dźwięk zostaje utrwalony, a czas zatrzymany lub może biec w różnych kierunkach. Dzięki reinterpretacji znana już historia staje się nową opowieścią, a nie skamieniałą, utrwaloną w określonej formie, a komiks, jako że umożliwia współuczestnictwo odbiorcy w tworzeniu historii, pozwala za każdym razem odczytywać ją w inny sposób.

Siłą Skóry… jest to, że łączy ze sobą zarówno motywy bardzo uniwersalne, które pozwalają poczuć się podczas lektury jakby stawało się częścią czegoś większego, ze współczesnymi, pozwalającymi nawiązać kontakt z autorem jako człowiekiem z krwi i kości, żyjącym w tym samym czasie. Kwestie podejścia do tradycji, modelów kobiecości i męskości, kogo można nazwać rodziną, jak można postrzegać kwestie tożsamości i seksualności zostały wplecione w historię pozwalającą spojrzeć na to, o czym dyskutuje się współcześnie, z o wiele szerszej perspektywy. Komiks i baśń, dzięki operowaniu niedopowiedzeniem i subiektywnemu punktowi widzenia opowiadacza, jednocześnie pozwalają na dowolność interpretacji i wyrywają nas z naszych głów, udowadniając, jak inaczej można spojrzeć na to, co uważaliśmy za utrwalone raz na zawsze.

Ilustracje pochodzą z: Stéphane Fert, Skóra z tysiąca bestii, tłum. Ada Wapniarska, Warszawa: timof i cisi wspólnicy, 2020.