Cyfry i analogi

Komiksy internetowe nominowane do tegorocznej Nagrody Eisnera internetowego robią ogromne wrażenie bogactwem stylistycznym. Od wykorzystywania możliwości, jakie oferuje cyfrowa forma opowieści do pozostania przy tradycyjnych technikach – w każdym z przypadków forma ściśle współpracuje z treścią,  dopieszczona pod każdym względem. Panie i panowie, żyjemy w przyszłości, a rysuje się ona ekscytująco w kontekście komiksowej różnorodności.

Żeby nikogo nie faworyzować, zestawienie zostało ułożone alfabetycznie po tytułach (nie mój pomysł, pożyczyłem go ze strony nagody), dlatego na pierwszy ogień idzie Cabramatta Matta Huynha, opublikowana w magazynie Believer – opowieść o wietnamskich imigrantach w Australii, którzy uciekli ze swojego kraju przed wojną. Nowe miejsce, wcześniej obietnica nowego startu, okazuje się jednak źródłem wielu innych problemów, a miasto, w którym osiedlają się kolejni przybysze – heroinową stolicą kraju. Wraz z tokiem opowieści poznajemy jego nieoficjalną topografię niemającą wiele wspólnego z rzeczami takimi jak budynki czy ulice. Dowiadujemy się, gdzie lepiej nie chodzić, z kim lepiej nie rozmawiać, jakich propozycji unikać. Narracja prowadzona z perspektywy młodego człowieka dopiero wchodzącego w świat wojen dorosłych pokazuje, w jak silny sposób ksenofobia kształtuje nie tylko stosunki społeczne na poziomie całego kraju, ale i tym lokalnym, między mieszkańcami tej samej okolicy. W ludziach odrzucanych przez miejsce, które dawało nadzieję na poprawę losu, żeby je potem zawieść, łatwo rodzi się agresja i często wpadają w uzależnienia. Przez to migranci uczą się strachu także przed sobą nawzajem i tego, że wojna podąża nawet za tym, kto stara się przed nią uciec. Trauma jest przekazywana dalej – nawet jeśli ktoś nie doświadczył potworności wojny, i tak jego życie zostaje przez nią naznaczone, jako że musi dojrzewać wśród ludzi, którzy doświadczyli jej na własnej skórze.

Podczas lektury komiksu warto włączyć dźwięk, a najlepiej w ogóle podłączyć słuchawki. Na ekranie pojawiają się pojedyncze kadry, które pozwalają się skupić na przedstawianym właśnie obrazie, ale tym, co naprawdę przenosi do świata opowieści, są muzyka i wszystkie odgłosy towarzyszące scenom. Dzięki bezpośredniemu oddziaływaniu na więcej zmysłów niż tylko wzrok, informacje, które otrzymujemy podczas lektury, stają się o wiele bardziej zróżnicowane i przekazują więcej niż gdyby komiks ukazał się tylko na papierze. Dodatkowo elementy w kadrze są animowane, więc ma się wrażenie bycia pomiędzy komiksem a filmem – z jednej strony dzięki myszy wciąż sprawujemy kontrolę nad tempem historii, z drugiej dajemy się jej porwać na wielu płaszczyznach; filmowość częściowo dyktuje nam, jak szybko powinniśmy przechodzić do kolejnych scen. To sprawia, że lektura (chociaż czy można mówić tu tylko o lekturze?) Cabramatty pozwala całkowicie zatopić się w historii i chociaż częściowo poczuć to, co odczuwają jego postacie.

Szokującym przeżyciem może być sięgnięcie od razu po Chuckwagon at the End of the World Erika Lundy’ego – szaloną opowieść o postapokaliptycznym świecie zniszczonym przez kosmiczne jednorożce. Ludzkość zostaje wplątana w łańcuch niekończących się odwetów; uzależnieni od soli przybysze przemierzają pustkowia, polując na niedobitki ludzi, którzy wcześniej polowali na ich pobratymców, z kolei ci w akcie zemsty zabijają najeźdźców i przetwarzają ich mięso tak, żeby móc je zjeść. W komiksie śledzimy losy dwóch postaci, Jimmy’ego Jacksona i Cootera Golda, którzy zajmują się tym pełnoetatowo: jeżdżą po okolicy gigantycznym monster truckiem i tropią jednorożce, żeby potem sprzedawac ich mięso w formie burgerów.

Komiks to jazda bez trzymanki nie tylko w kontekście fabuły, w której naprawdę trudno przewidzieć, co zaraz się wydarzy, ale tez w kwestii grafiki. Wiele z kadrów zostało skonstruowanych tak, żeby móc w nie wkomponować kolejne, mniejsze, z wykorzystaniem już istniejących przestrzeni. Dzięki temu obraz nacierającego monster trucka, z początku będący jednym obrazem, staje się panelem dla mniejszych kadrów, które pojawiają się np. na zderzaku czy w oknach, a które pokazują szczegóły sceny. Dzieje się to głównie wtedy, kiedy chodzi o nadanie całej sekwencji określonego rytmu lub żeby zachować dynamizm i pobawić się perspektywą, ale w całym komiksie mamy do czynienia z mieszaniną różnych rodzajów estetyki, od ujęć w stylu Quentina Tarantino (najbardziej chyba przypominają dylogię Grindhouse) do ulotek reklamujących fast foody. Wszystko to sprawia, że Chuckwagon… to koktajl z kawy i napoju energetycznego, który jednocześnie nie pozwala się oderwać od ekranu i nieprzerwanie bombarduje nowymi bodźcami, niespodziewanymi chwytami fabularnymi i zwrotami akcji. No i te jednorożce z kosmosu – serio, nie wiem, jak się wpada na takie pomysły.

Zwięzłe komiksy z serii The Eyes Javiego de Castro stanowią dla tej kolejki górskiej orzeźwiającą przeciwwagę. Pięć odrębnych historii łączy motyw szeroko rozumianego wzroku, będący kluczowy dla pozornie niezwiązanych ze sobą wydarzeń. Za każdym razem zostaje omówiony w bardzo niekonwencjonalny sposób, nawet kiedy mamy do czynienia z dobrze znanymi konwencjami. Blindness to historia braci, z których jeden odkrywa sekret niewidzialności, utrzymana w klimacie XIX-wiecznej historii fantastycznonaukowej à la H.G. Wells, ale z domieszką Edgara Allana Poego; z drugiej strony Visions opowiada o pewnym znalezisku, które sugeruje jednej z postaci przyszłe wydarzenia w bardzo symbolicznej formie, bez wyjaśnienia, czy są one jedynie możliwe, czy pewne. Wzrok jest u de Castro jednocześnie najlepszym i najgorszym źródłem informacji – może ukazywać prawdę, ale też mylić i oszukiwać. Postaci ufają mu lub podają świadectwo swoich oczu w wątpliwość, ale zawsze zmieniają się pod wpływem widzianych obrazów.

Komiksy te są bardzo lapidarne, nie ma w nich ani jednego zbędnego elementu. Warto skupić się na poszczególnych kadrach nie tylko dlatego, że każda informacja wydaje się ważna (a może tak nie jest? Na ile zaufasz swoim oczom?), ale też przez wzgląd na subtelność rozwiązań graficznych, które towarzyszą statycznym rysunkom. The Eyes są ruchome, ale nie tak jak Cabramatta – jeśli coś tu się dzieje, trwa to ułamek sekundy, niemal na granicy świadomości. Kątem oka dostrzegamy, że coś tu nie gra; dopiero po skupieniu się na kadrze widać, że jeden ze szczegółów na chwilę się zmienia, mimo że większość obrazu pozostaje taka sama. Dzięki temu de Castro nie tylko opowiada o swoim rozumieniu roli wzroku w życiu człowieka – autor wciąga czytelnika/czytelniczkę w grę, w której stawką jest pewność osądu rzeczywistości. Można przez te komiksy przelecieć i poznać jakąś historię, ale właśnie te niezgadzające się szczegóły, pogłębiają je i zmieniają znaczenie. Koniec końców nie ma pewności, że dostrzegło się już wszystko. Paradoks rodem z Matriksa czy Kongresu futurologicznego: skąd mamy wiedzieć, że, pozbywając się jednej iluzji, nie wpadamy w drugą? Ilu poziomowa jest symulacja, czy na pewno wiemy już o niej wszystko?

O czasie zawieszenia i niepewności opowiada też Fried Rice Eriki Eng. Jego główna postać, Min, bardzo chce wyjechać do Stanów Zjednoczonych, żeby studiować animację. Stara się dostać przy tym tylko na jedną wybraną uczelnię – czasu zabrakło, żeby przygotować zgłoszenia do innych. Komiks opowiada właśnie o tym czasie, w którym nie wiadomo jeszcze, jak będzie wyglądała przyszłość, kiedy nic się jeszcze nie rozstrzygnęło. Mimo że każdy zna nerwowy czas, kiedy można tylko czekać, bo nic innego nie da się zrobić, np. przed dostaniem się na studia czy przed wynikiem egzaminu, kiedy przychodzi do stworzenia z tego jakiejś narracji, okazuje się, że najczęściej mówi się o przygotowaniach czy już o momencie otrzymania wyniku, po którym nic nie jest już takie samo. Tymczasem Eng skupia się na graniczności – wielkie nadzieje mieszają się z wątpliwościami, niektóre z planów stają się ważniejsze kosztem innych, jeszcze nie objawiły się konsekwencje podjętej decyzji, dawne priorytety powoli tracą na znaczeniu.

O tej historii nie da się powiedzieć inaczej niż że jest snuta – powoli, subtelnie, z uwagą poświęcaną szczegółom i codzienności. Nie znajdziemy tu wszystkich bajerów, które pojawiają się w innych komiksach nominowanych do nagrody, takich jak animacje czy trzymająca w napięciu akcja. Fried Rice jest tak samo delikatne graficznie jak fabularnie – narysowane „analogowo”, bez dążenia do perfekcji, bardziej skupione na stworzeniu atmosfery. A tę udaje się oddać idealnie, dzięki czemu możemy spojrzeć na świat Min jej oczami; z jednej strony jest przytulny i znajomy, jako że to dom, z drugiej – w jakiś sposób niewyraźny, niewystarczający. To rzeczywistość wyjściowa, której białe plamy Min musi dopiero zapełnić własnym życiem, własnymi doświadczeniami. Dzieciństwo kończy się w momencie, w którym uświadamiamy sobie, że świat to o wiele więcej niż nam się wydawało, a dziewczyna zamierza poznać go całego.

Chęć poznania świata takiego, jakim jest, prowadzi z kolei postaci z komiksu reMIND Jasona Brubakera. Sonja i jej kot Victuals mieszkają w mieście, którego rozwój opiera się w dużej mierze na legendzie o jaszczuroludziach mieszkających w miejscowym jeziorze. Ich istnienie nie zostało jednak w żaden sposób potwierdzone – brak zdjęć czy jakichkolwiek dowodów. Nie znaczy to jednak, że nie kryje się tam żadna tajemnica; pewnego razu kot Sonji znika, żeby zostać wyrzuconym na brzeg jeziora jakiś czas później z dziwnymi szwami na głowie. Kiedy okazuje się, że w tamtej chwili zyskał świadomość, zdolność mówienia ludzkim językiem i chodzenia na tylnych łapach, życie ich obojga zmienia się na zawsze, a sekret jeziora – dotychczas będący jedynie łapką na turystów – okazuje się o wiele bardziej skomplikowany, niż by się mogło wydawać.

Najmocniejszą stroną komiksu jest fabuła, bo graficznie, niestety, nie powala. Jest w reMIND jednak coś, co nie pozwala przejść obojętnie; atmosfera niedopowiedzeń i piętrzących się stosów pytań sprawia, że chce się czytać dalej, poznać więcej. Mnie najbardziej poruszył właśnie wątek Victualsa, którego świadomość objawia się w pierwszym wypowiedzianym słowie: „dlaczego?”. Nadaje tym samym ton całej historii – w ujęciu autora rozwój zaczyna się od zadawania pytań, drążenia, kwestionowania otaczającego świata. Tak jak Victuals staje się bardziej ludzki przez to, że pozbywa się dotychczasowych instynktów i chce dowiedzieć się jak najwięcej na temat rzeczywistości, tak sama Sonja przestaje być bierna i żyć z dnia na dzień, kiedy staje twarzą w twarz z tajemnicą. reMIND najlepiej broni się właśnie opowieścią o tym, co znaczy być, a nie tylko istnieć – Brubaker pokazuje, że nie jest to nikomu dane, o bycie trzeba się postarać, wymaga też wyrzeczeń i poświęceń.

W podobny sposób zmienia się życie Ellie, głównej postaci Third Shift Society Meredith Moriarty. Podczas spaceru po mieście postać trafia na pojedynek potwora z piekła rodem z elegancko ubraną postacią z dynią zamiast głowy. W tym samym momencie objawiają się też niezwykłe umiejętności samej Ellie. To bardzo dużo nowych rzeczy na raz, ale nikt nie mówił, że będzie łatwo – zwłaszcza że w całym tym zamieszaniu dostaje od eleganta propozycję współpracy jako duet zajmujący się problematycznymi zjawiskami nadnaturalnymi, a przynajmniej tymi nienależącymi do naszego świata. Tak, to wszystko dzieje się już na początku i tak, Ellie jest tak samo zaskoczona jak czytelnik/czytelniczka gęstością tych wydarzeń. Niemniej jednak dziewczyna nie traci rezonu i bardzo szybko odnajduje się w nowej sytuacji, często wystawiając się na niebezpieczeństwa o wiele poważniejsze niż niezapłacenie czynszu, co dotychczas było jednym z głównych zmartwień.

Najogólniej rzecz ujmując – pościgi, wybuchy i magia. Ujmując rzecz szczegółowiej – to historia skonstruowana trochę jak serial, w którym każdy epizod wydaje się niemal domknięty, ale istnieje też nadrzędny wątek, który łączy wszystkie odcinki, pozornie ze sobą niezwiązane, w jedna całość. Świat komiksu tylko z początku może wydawać się dość chaotyczny i oniryczny; z czasem przekonujemy się, że został przemyślany w najdrobniejszych szczegółach, dzięki czemu autorka porusza się w nim bardzo swobodnie, co pozwala na stworzenie autentycznie zabawnej historii. Nie ma tu nic wymuszonego – zarówno momenty podniosłe, napięte, jak i humorystyczne, lekkie, wydają się naturalnie wynikać z rytmu historii, a nie z jakich sztucznych założeń. Dzięki temu komiks Moriarty wciąga i nawet nie da się zauważyć, kiedy zżywamy się z postaciami i chcemy więcej.

Wszystkie ilustracje użyte za zgodą autorów i autorki.