Komiks na miarę człowieka

Komiks biograficzny to forma, która wymaga specjalnych umiejętności od autora/autorki. Nie tylko od treści, ale i od formy zależy, jaki wydźwięk będzie miała czyjaś historia. Charlotte Malterre-Barthes i Zosia Dzierżawska w Eileen Gray. Domu pod słońcem nie dopasowują losów tytułowej architektki do jakiegokolwiek schematu, ale stawiają na pierwszym miejscu jej osobowość, która dyktuje warunki formie komiksu.

Na blogu miałem okazję pisać o komiksach przedstawiających podróż Josepha Conrada w głąb kongijskiej puszczy czy tułaczkę Johna Audubona po dzikiej Ameryce. Obie historie ujmują życie człowieka w ramy narracji à la powieść, w której wszystkie wydarzenia pozostają ze sobą tak splecione, że układają się w jednolitą historię przedstawiającą losy głównej postaci jako liniowy proces. Doświadczenia z przeszłości w tym ujęciu przygotowują człowieka na to, co wydarzy się potem, a ostateczny kształt, jaki przyjmie historia jego życia zależy od tego, jak zareaguje na to, co nastąpi.

Liniowość daje jednak złudzenie, że życie człowieka da się opowiedzieć za pomocą jednej historii, rozłożyć na czynniki pierwsze. Wszystko jest tu ściśle deterministyczne: czyjeś zachowanie czy osobowość można zrozumieć, jeśli tylko cofnie się wystarczająco daleko w przeszłość, bo tu i teraz jest konsekwencją tego, co wydarzyło się kiedyś – więc jeśli np. ktoś boi się psów, ma to swoją łatwą do wskazania przyczynę. Człowiek liniowy to człowiek prosty, który jedynie zbiera doświadczenia i głównie one decydują o tym, kim się staje, a wszystko, co wydarza się w fabule, musi bezpośrednio wpływać na życie postaci.

Rzecz jednak w tym, że, starając się przekazać komuś czyjąś historię w ten sposób, coś zyskujemy, ale coś tracimy. Hayden White pisał w Poetyce pisarstwa historycznego, że historia zmienia żywych ludzi w widma, jako że zapamiętujemy ich jedynie za to, co inni uznali za warte przekazania dalej, ale zagubione zostają wszystkie inne szczegóły, które sprawiały, że byli wyjątkowi. Istotne okazują się tylko kwestie konieczne do stworzenia określonej fabuły, a wszystko inne, co mogłoby naruszyć jej spójność, trzeba odrzucić – w historii podbojów Napoleona nie bardzo jest miejsce na informację, że uwielbiał croissanty, jeśli rzeczywiście za nimi przepadał. Komiks wydaje się na to szczególnie wyczulony: konieczność dokonania wyboru, co zostanie przedstawione, a co pozostawimy domysłowi czytelnika, okazuje się w nim bardziej paląca niż w przypadku powieści, która może sobie pozwolić na dłuższe opisy.

W komiksie Charlotte Malterre-Barthes i Zosi Dzierżawskiej Eileen Gray. Dom pod słońcem widać jednak, jak zmienia się opowieść o czyimś życiu, kiedy wyjdzie się poza konieczność stworzenia ciągłej fabuły. Nie chodzi w nim o przedstawienie życia tytułowej architektki w sposób jednolity, tak jakby była jedynie, parafrazując jej słowa, maszyną do przeżywania. Autorki wybrały sposób prowadzenia narracji, który zdaje się wynikać z przekonań samej Gray o tym, że człowiek podlega ciągłym zmianom, niekoniecznie przewidywalnym, więc przestrzeń dookoła powinna dostosowywać się do niego, próbować nadążyć za zmieniającymi się potrzebami. Jedna z postaci nieco nabija się z tego, jak to określa, biwakowego stylu, ale projektantka przeciwstawia się tworzeniu z życia muzeum, w którym to, co raz postawione, pozostaje nienaruszone: domowymi odpowiednikami tego zjawiska byłyby od lat te same obrazy na ścianach czy zbierające kurz bibeloty na półkach. Jeśli traktujemy przestrzeń jako przedłużenie człowieka, taka stagnacja zdaje się ciążyć i ograniczać możliwość rozwoju, zamiast ją stymulować. Nie musi się to zresztą odnosić jedynie do snucia planów na przyszłość; w ciągu życia hierarchie wartości zmieniają się same z siebie, nie ma więc sensu funkcjonować w otoczeniu urządzonym w przeszłości, kiedy było się jeszcze innym człowiekiem, które pozostaje niezmienne przez zasiedzenie, zastanie, zależenie czy zawiszenie.

Właśnie ta myśl wpływa na formę komiksu o życiu Gray, który staje się jego przedłużeniem. Mamy tu do czynienia nie z liniową opowieścią, która faworyzowałaby jedne wątki kosztem innych, ale czymś na kształt kalejdoskopu, w którym na pełny obraz składają się różne, pozornie niezwiązane ze sobą elementy. Motywem przewodnim wydaje się dom E-1027, który stał się wcielonym w życie połączeniem różnych koncepcji architektki, ale nie jest punktem docelowym fabuły czy punktem wyjścia. Stanowi raczej jeden z wątków mających pokazać, jak różnorodne w istocie jest życie; zamykanie go w jednolitej narracji to prosta droga do utraty tej wielowymiarowości, do zostania stworzenia jedynie kolejnego widma.

Sprawia to, że Malterre-Barthes i Dzierżawska idą o krok dalej w przywróceniu pamięci o Gray, która najpierw została wykluczona z historii architektury, a potem trafiła do niej jedynie jako architektka. Gdybyśmy mieli do czynienia ze zwykłą biografią, tu zakończyłby się zapewne wysiłek stworzenia opowieści o tym, jak Gray doszła do swojego stylu i jakie okoliczności doprowadziły do tego, że zapisała się w historii architektury. Tymczasem w przypadku Domu pod słońcem to staje się jedynie jednym z elementów składających się na jej życie. Sztuka, mimo że odgrywa w nim tak wielką rolę, nie definiuje jej jednocześnie jako osoby – nie ona decyduje, kim jest Eileen Gray, to sama Gray decyduje, czym będzie jej sztuka.

Kalejdoskopowość, podział na epizody niemające ze sobą pozornie wiele wspólnego, sprawia, że możemy czytać kolejne rozdziały komiksu tak naprawdę w dowolnej kolejności, zwracać uwagę na inne kwestie niż przy poprzednich podejściach, coś innego uznać za istotne. To już nie wymogi i konwencje narzucają konieczność dopasowania narracji do określonego schematu. Dom pod słońcem staje się nie ramą, w której trzeba zamknąć historię, ale odzwierciedleniem tego, kim była Eileen Gray; to jej życiu i osobowości zostaje podporządkowany sposób ukształtowania opowieści, a nie na odwrót. Oczywiście, tracimy w ten sposób pewne uporządkowanie, które pozwalałoby na całościowe ogarnięcie historii, możliwość jej opowiedzenia od początku do końca. Warto jednak zadać sobie pytanie, czy istniejące już reguły na pewno odpowiadają potrzebom, czy ich język jest wystarczający. Wstęp, rozwinięcie i zakończenie to schemat prosty i potężny – a zarazem ograniczający, jako że odbiera  swobodę ukształtowania myśli według własnej potrzeby czy sposobu postrzegania świata. Eileen Gray udowadnia jednak, że możliwy jest inny sposób tworzenia historii – taki, który skupia się na swoim temacie, a nie na osobie, która o nim opowiada.

Ilustracje pochodzą z: Charlotte Malterre-Barthes, Zosia Dzierżawska, Eileen Gray. Dom pod słońcem, przeł. Jacek Żuławnik, Warszawa: Marginesy, 2019.