Bednarczyk, Kur, “Lil i Put. Parada przypałów”

W krainie, w której rozgrywają się wydarzenia z serii Lil i Put Piotra Bednarczyka i Macieja Kura, znajdzie się miejsce dla każdego stwora – utopca mieszkającego obok rodzinnej wsi głównych postaci, grabarzy, z których jeden wygląda jakby miał znaleźć się na okładce gry Monopoly (ale takiej z bardziej drapieżnym kapitalizmem), a drudzy jak połączenie Soku z Żuka i Dyniowego Króla z filmów Tima Burtona, diaboliczne demony i smoki. A mimo to para obiboków zawsze wpada na te same postacie; z czasem, wraz z lekturą kolejnych zeszytów, stają się one jak dobrzy znajomi. Zawsze gdzieś w pobliżu kręcą się Miksja Iskier, elfia adeptka magii, czy drużyna krasnoludów, którzy przy każdej możliwej okazji manifestują swoją pogardę wobec elfów.

Łatwo dzięki temu wsiąknąć w ten świat oparty na napięciu między ogromem a przytulną swojskością. Jak w każdej rzeczywistości reprezentującej „miękki” system magii (soft magic systems), dowiadujemy się tylko, że coś jest możliwe, ale nie poznajemy już zasad, na których zjawiska miałyby się opierać. Miksja może mieć trudności z przelaniem kota do kieliszka na egzaminie zaliczeniowym, ale obudzona w środku nocy miota bez problemu kulami błękitnego ognia; mag przyzywać okrutnego demona Ragnaruna wypowiadając jego imię, ale sprawia to, że pojawia się on natychmiast, zaskoczony na przykład podczas kąpieli; smoki wykluwają się z jaj w przyśpieszonym tempie, jeśli ogrzeje się jajo silnym temperamentem. Czy jest jakaś reguła, która rządzi całym tym szaleństwem? Na razie się tego nie dowiadujemy i mało wątpliwe, żeby kiedykolwiek miało się to zmienić – bo poznajemy fikcyjny świat wraz z tytułowymi małoludźmi.

Głównym motorem przygód Lila i Puta jest właśnie to samo zagubienie, które my odczuwamy wkraczając w świat komiksowej serii. Jak typowe niziołki, małoludzie żyją w niewielkich wsiach na uboczu całego świata, gdzie nie docierają żadne zawieruchy, konflikty czy niepokoje. Nie ma tam żadnych cudowności ani niczego niewyjaśnionego; nawet utopca traktuje się raczej jak uciążliwego sąsiada niż magiczną istotę. Dopiero opuszczenie tej przestrzeni i wkroczenie do nieznanego, obcego świata poza granicami wsi zwalnia miejsce dla przygody, pozwala nieznanemu wkroczyć w uporządkowane dotychczas życie.

Podobnie jak Lil i Put, wałęsający się bez celu i próbujący przeżyć z dnia na dzień, zostajemy wydani na pastwę dzikiej wyobraźni autorów i sieci inspiracji, którą w inteligentny sposób zostały oplecione kolejne przedstawione przygody. Małoludzie na swojej drodze trafiają do scen inspirowanych twórczością komików z grupy Monty Python, parodiujących sagę o Geralcie z Rivii czy nawiązujących do innych komiksów czy wręcz do komiksowego środowiska  (podpowiedź: szukajcie Pewnego Znanego Teoretyka Komiksu z Ameryki). A to tylko ułamek tego, na co można tu trafić; świat stworzony przez Bednarczyka i Kura okazuje się zaskakująco pojemny i w którym możliwe jest niemal wszystko. Nic dziwnego, że Lil i Put pakują się w tyle tarapatów, skoro, podobnie jak my, zostają wrzuceni w wydarzenia bez żadnych wskazówek, muszą jakoś odnaleźć swoją drogę przez kolejne kadry, których zawartości nie da się przewidzieć – Lil i Put to karnawał wyobraźni, na który najczęstszą reakcją jest chichranie się pod nosem pod wpływem samoświadomego humoru i po prostu pozwolenie, żeby akcja porwała bez reszty. Spokojne, sielskie życie i niewygórowane ambicje głównych postaci wciąż są konfrontowane z nieprzewidywalnością otoczenia i jego różnorodnych mieszkańców.

Komiksowa seria balansuje na granicy między kontrolowanym szaleństwem a rozpadnięciem się narracji, ale tym, co zapewnia bezpieczeństwo, jest kameralność świata stworzonego przez Bednarczyka i Kura. Przygody Lila i Puta, mimo że biorące i ich, i nas z zaskoczenia, zawsze rozgrywają się w gronie postaci, z którymi łatwo się zżyć, ponieważ pojawiają się dość regularnie w ich życiu. Mimo że małoludzie są wciąż w podróży, mamy poczucie, że tak naprawdę nigdy nie opuścili domu i swoich najbliższych – Miksja czy krasnoludy stanowią punkt odniesienia, tworzą coś w rodzaju bezpiecznej przestrzeni, do której zawsze można powrócić, kiedy wyobraźnia autorów zaczyna porywać nas zbyt mocno. Ich obecność spaja cały ten szalony świat, a silne, charakterystyczne i spójne postacie zapewniają całości solidną ramę.

Piąty tom Lila i Puta, Parada przypałów, różni się jednak od dotychczasowych zbiorów przygód małoludzi. W większości składa się z krótkich, jedno-dwustronicowych historyjek, dzięki czemu staje się czymś w rodzaju studium krótkiej formy. Dotychczasowe losy tytułowych postaci rozciągały się często na wiele stron, dając przestrzeń do głębszego zarysowania kontekstu wydarzeń czy do skomplikowania akcji i mogłoby się wydawać, że po przejściu na większą lapidarność coś zostało z tego utracone, ale autorzy wychodzą z wyzwania obronną ręką. Mimo że piąty tom ma w sobie więcej ze zbioru anegdot niż pełnometrażowych opowieści, wrażenie robi swoboda prowadzenia narracji mimo ograniczeń. Każda z historii ma wyraźnie zarysowane ramy, zaskakuje zwrotami akcji i angażuje niezależnie od swojej długości; znajduje się tu także miejsce na zabawę tworzywem, wypady w stronę większej abstrakcji i przywiązanie większej wagi do krajobrazów. O ile styl, w którym utrzymane są postacie, pozostaje niemal bez zmian na przestrzeni całej serii, o tyle w Paradzie przypałów widać bardzo dużą zmianę w kwestii rysowania scenerii czy tła – stają się znacznie mniej szkicowe, o wiele bardziej dopracowane, zaczynają odgrywać o wiele większą rolę w tworzeniu fikcyjnego świata.

Kreska, palety kolorów, liternictwo – Parada przypałów zachowuje równowagę między rzemiosłem a wyobraźnią i spojrzeniem wciąż zaskakującym świeżością. Lil i Put to nie tylko inteligentna rozrywka, ale też świetna lekcja z konstruowania narracji i fabuły. Tom piąty, jako studium krótkiej formy, udowadnia, że angażujące historie, operujące na przeciwieństwach, napięciach i swobodzie wyobraźni, można także podporządkowywać bardziej ścisłym regułom i nie muszą przez to na niczym tracić.

Ilustracje pochodzą z: Piotr Bednarczyk, Maciej Kur, Lil i Put. Parada przypałów, Warszawa: Egmont, 2020.
Dziękuję wydawnictwu za udostępnienie egzemplarzy recenzenckich!