Płynna komiksowość

Jak wyjaśnić, czym jest komiks? Pierwszy odruch to próba stworzenia definicji – dzięki temu będzie można zrozumieć wszystkie, nawet najdziwniejsze utwory tego typu. Lepsze podejście proponuje jednak Bart Beaty w tekście Komiks kontra sztuka. Według niego na komiks trzeba patrzeć szerzej, jako na wciąż zmieniający się stan umysłu, niezależny od innych nurtów kultury.

Komiks łatwo rozpoznać, ale trudno opisać, co sprawia, że nim jest, znaleźć jakieś wspólne cechy, które mogłyby połączyć wszystkie utwory wykorzystujące tę formę. Co sprawia, że można nazwać coś komiksem? Popularna definicja Scotta McClouda o celowej sekwencji obrazów jest na tyle szeroka, że w pewnym momencie tracimy z oczu granicę obszaru, który w sobie zamyka; czy fragment filmu, z którego zachowamy jedynie najważniejsze kadry, stanie się dzięki temu komiksem? Można też stwierdzić, że komiks to nierozerwalne połączenie słowa i obrazu – ale co w takim razie z fabułami słów pozbawionymi, jak np. Płatki Gustava Borgesa i Cris Peter, w których język zastępują piktogramy?

Poszukiwanie definicji komiksu może wydawać się problemem czysto akademickim, który nie ma przełożenia na nasze codzienne lektury – jest w tym sporo prawdy, skoro podskórnie wyczuwamy, co nim jest, a co nie, i to zazwyczaj wystarczy. Usilne próby umiejscowienia go na mapie kultury jednak nie ustają, co pokazuje choćby przypadek nieustannie ponawianego pytania, czy tego typu utwory się czyta, czy ogląda. Świadczy to nie tylko o tym, że niewyjaśnione aspekty formy kolą w oczy ludzi niemających z nim wiele doświadczenia, ale też przyczynia się do wykluczenia komiksu ze wspomnianej mapy. W końcu skoro nie wiadomo, jak i gdzie go umiejscowić, łatwiej narysować jakąś kreaturę i napisać „Tu żyją smoki”.

Bart Beaty w tekście Komiks kontra sztuka wskazuje, że komiks nigdy nie doczekał się miana pełnoprawnej sztuki właśnie przez tę nieokreśloność. Nawet dziś poza kręgami jego miłośników wiele osób nie wie, jak do niego podejść i co z nim właściwie zrobić, bo nie przypomina żadnej innej formy narracji. A skoro tak wiele czerpie z innych dziedzin sztuki, w dużej mierze przetwarzając je na swoje potrzeby, bardzo łatwo uznać komiks za coś gorszego, a autorów/autorki za artystów/artystki gorszego sortu, zapożyczających się jedynie u innych twórców/twórczyń. Innym wyjściem jest też bezpieczne stwierdzenie, że się go nie rozumie i nie czyta, więc się nie wypowie na ten temat. Ludzki umysł nie znosi jednak próżni, więc łatwiej przyjąć powszechną opinię niż zaakceptować swoją niewiedzę – a panujące wciąż przekonanie wciąż plasuje komiks w najniższych lochach kultury.

Z podziemi tych, oczywiście, może wychodzić, ale na niezbyt korzystnych dla siebie warunkach. Beaty zauważa, że komiks przez swoją nieokreśloność traktowany był (i jest) jako źródło motywów i inspiracji dla artystów/artystek, którzy dopiero na ich podstawie tworzą prace uznawane za sztukę lub z różnych względów warte promowania w kulturze masowej. Autor skupia się na przypadku Roya Lichtensteina, którego prace zawisały w muzeach i na wystawach jako obrazy, mimo że jedynie przetwarzały to, co artysta odnalazł w komiksach, ale zjawisko widać także współcześnie i poza galeriami. Komiksy, masowo ekranizowane, coraz silniej funkcjonują w powszechnym obiegu raczej jako filmy niż jako utwory same w sobie. Wydaje się, że do szerszej publiczności trafia, kiedy staje się czymś bardziej znajomym, ujętym w ramy już ustalonej formy. Wiadomo, jak podejść do obrazu, filmu czy powieści – każde z nich działa według jasno określonych zasad, posługuje się własnym językiem, który wiadomo jak czytać, i – co wydaje się w tej kwestii najważniejsze – nie wchodzi zbytnio w kompetencje innych dziedzin sztuki.

Tymczasem komiks zawsze wszystko mieszał, nie tylko kiedy funkcjonował jedynie na papierze, ale też współcześnie, kiedy granice między materialnością i wirtualnością może zacierać wykorzystanie rozszerzonej rzeczywistości, a jego internetowej odmianie może towarzyszyć muzyka, animacja i rozszerzona rzeczywistość. Tym trudniej zgromadzić wszystkie przejawy tego szaleństwa formy pod jednym szyldem, który wyznaczyłby stałe elementy formy, niezależnie od jej przejawu. Kiedy mówimy o tym, jak sprawić, żeby komiks został uznany za Sztukę przez duże S, odkrycie jego niezmiennych cech byłoby ogromnym krokiem naprzód. Niezależnie od tego, czy zostałby jej osobną dziedziną, czy wariacją na temat jakiejś już istniejącej (np. powieści), pojawiłby się jakiś punkt wyjścia, który pozwoliłby zrozumieć, czym właściwie jest i jak do niego podchodzić. Biała plama zostałaby odkryta.

Jednak to mogłoby okazać się gwoździem do trumny komiksu. Podejście Beaty’ego różni się od przytoczonych przez niego punktów widzenia innych badaczy, którzy szukali teoretycznych wyznaczników formy. Autor Komiks kontra sztuka pokazuje, że komiks to raczej stan umysłu niż przedmiot, a jego środowiskiem naturalnym jest nie galeria, ale ciągły obieg i społeczność czytelników/czytelniczek. Komiks nie ma się kurzyć na półce czy blaknąć w gablocie, ale być zaczytywany, oblewany kawą/herbatą/czym bądź, pieczołowicie chroniony przez kolekcjonera-pasjonata; każdy, ten najbardziej sztampowy i kiczowata oraz ten wysmakowany i subtelny. W duchu Beaty’ego można by powiedzieć, że komiks to medium dnia codziennego, jedno z najlepiej dostępnych, a wciąż przynoszących satysfakcję z obcowania z lekturą. Płynne i, jak się wydaje, pozbawione jakichkolwiek dogmatów, przygarnia epigonów i awangardę, klasycystów i burzycieli, twórców powściągliwych i obrazoburczych, zgłębiających tradycyjne techniki i śmiało rzucających się w wir eksperymentu. Próba wyznaczenia ram, kategoryzacji, mogłaby okazać się czymś ograniczającym, co sprawiłoby, że komiks straciłby swój urok wiecznego pogranicza kultury, gdzie wszystko jest możliwe.

Za pośrednictwem komiksu opowiada się coraz bardziej skomplikowane historie, a forma ta sprawdza się tam, gdzie zawodzą już ugruntowane formy tworzenia fabuły, takie jak obraz czy słowo pisane – właśnie dzięki temu, że jego granice można przesuwać coraz dalej. Niezdefiniowanie jest najważniejszą cechą komiksu, która, paradoksalnie, zdaje się stanowić coś w rodzaju najważniejszej cechy wspólnej. Próby wtłoczenia w ramy, w których mogą zmieścić się inne dziedziny sztuki, w jego przypadku stanowią wyrwanie z kontekstu i oddziela od naturalnego środowiska. Wystawa prac jednego autora czy samodzielny przegląd sztuki komiksu w galerii mogą go z jednej strony nobilitować, z drugiej tworzą dystans między czytelnikami a utworami.

Tak powstałe dzieło sztuki nie należy już do wszystkich, ale zostaje otoczone murem, który trudno przekroczyć w obie strony. Nie da się wyrazić swojej szczerej opinii na temat utworu, zwłaszcza jeśli jest negatywna, bo od razu blokuje nas mechanizm „kim jesteś, żeby to krytykować?” – zarówno wewnętrzny, grający na poczuciu, że nie znajdujemy się na pozycji, która by nas do tego upoważniała, jak i zewnętrzny, bo zawsze znajdzie się ktoś uprzejmy, kto zarzuci nam dyletanctwo i ignorancję. Wyrażenie swojego zdania wymaga odwagi i pewności siebie, na co w rzeczywistości nie zawsze można się zdobyć, a co dopiero wobec utworu ubrązowionego.

Znajomość i, oczywiście, zachwalanie go stanowi o przynależności do grupy koneserów, którzy decydują, co jest dobre i warte przeczytania. Pytanie tylko, czy warto do tego aspirować. Kiedy pojawia się oficjalny kanon, a niektóre utwory stawia się na piedestale, zaczyna się ich powolne umieranie. Dobrą ilustracją tego zjawiska są listy lektur szkolnych, o której mówi się, że każda książka, która na nią trafi, staje się już skończona dla świata. Niezależnie od wartości znajdujących się na niej tekstów, każdą z nich bardzo łatwo szybko znienawidzić – właśnie dlatego, że wszyscy każą się nimi zachwycać i powtarzać formuły o ich wybitności. Łatwo stać się typowym Gałkiewiczem komiksu, który szczerze nienawidzi Słowackiego przez to, że musi powtarzać okrągłe zdania o tym, że wielkim poetą był i wieszczem, podczas gdy mógłby się nim szczerze zachwycić, gdyby pozostawiono mu więcej lekturowej swobody.

Siła komiksu tkwi w jego żywej relacji z czytelnikami, która sprawia, że forma ta wciąż może się rozwijać. To społeczność skupiająca się wokół sztuki komiksu popycha do kolejnych eksperymentów i przesuwania granic dzięki temu, że każdy może na własną rękę dochodzić do tego, co komiks dla niego znaczy. Niedowartościowanie przez wyższe rejestry kultury jest w tym przypadku zaletą – kiedy nikt nam nie mówi, co mamy sądzić i co chwalić, mamy szansę wyrobić sobie własną opinię na dany temat. Dzięki temu sami nadajemy wartość i tworzymy własne kanony, które nie muszą uwzględniać twórców uznawanych za kamienie milowe. Nadawanie etykiety „wybitny” jest w istocie praniem mózgu i utrudnia samodzielne myślenie. Komiksy najlepiej działają, kiedy pozostają w ciągłym obiegu, niezależnie od zewnętrznych opinii na swój temat, niezdefiniowane, a dzięki temu zmienne i rozwijające się w najbardziej zaskakujących kierunkach.

Ilustracja pochodzi z: G. Borges, C. Peter, Płatki, timof i cisi wspólnicy, Warszawa 2017.
Nie użyłem żadnego cytatu z książki, bo wiele kwestii jest w niej sugerowanych to tu, to tam – tak czy inaczej, korzystałem z: B. Beaty, Komiks kontra sztuka, tłum. A. Kaczmarek i M. Cieślik, timof i cisi wspólnicy, Warszawa 2013.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *