Andréae, Fitou, “Mechaniczna Ziemia”

Na gigantycznym statku pasażerskim „Mekaton” od niepamiętnych czasów trwa przyjęcie. Czas regulują kolejne bale maskowe, posiłki, zabawy wymyślane przez samych pasażerów i przez załogę. Nikt nie zna już innego życia, bo i jak miałoby wyglądać? Statek, który pozostaje wciąż w podróży i nigdy nie zawija do portów to cały istniejący świat, a nikt z osób, które go opuściły, nigdy nie wrócił na pokład. Zresztą, kto by chciał opuszczać miejsce stworzone przez Patricka Fitou i Jean-Baptiste’a Andréaego w serii Mechaniczna Ziemia, w którym nie trzeba się niczym przejmować?

Odpowiedź brzmi: nosorożec Philéon. Pewnego wieczora szampańską zabawę zakłóca niespodziewane rozbicie się jego samolotu na jednym z pokładów transatlantyku i brawurowa ucieczka przed pościgiem Sił Specjalnych. Ich dowódca, pod pretekstem poszukiwań zbiega, przejmuje kontrolę nad statkiem i siłą utrzymuje swoją władzę, samemu jednocześnie korzystając z przywilejów kapitana. Tymczasem Philéon wciąga w swój brawurowy plan Brunona, który ma już dość sztuczności życia na „Mekatonie”, oraz jego matkę Edmée, która, wręcz przeciwnie, wszelkie wygody przyjmuje z dobrodziejstwem inwentarza. Sytuacja staje się coraz bardziej napięta i szybko okazuje się, że niemal nic nie idzie zgodnie z planem, przez co udaje się co prawda uciec, ale w niespodziewany sposób. Postaci opuszczają pokład akurat kiedy statek przepływa w okolicach Antarktydy, a tam wplątują się w walkę tajemniczych maszyn z ludźmi, którym udało się jednak przeżyć, mimo że nigdy nie postawili stopy na statku.

Uf! Jak na tak cienkie komiksy, udało się w nich upakować naprawdę sporo i mogłoby się wydawać, że dzięki temu trudno się od nich oderwać – akcja powinna porywać, przykuwać uwagę, pozostawiać z zadyszką po ostatniej stronie. Problem jednak w tym, że Mechanicznej Ziemi to się nie udaje.

Świat stworzony przez autorów, zgodnie z zapowiedzią z okładki, rzeczywiście olśniewa swoim rozmachem – trzeba przyznać, że zarówno koncepcyjnie, jak i estetycznie. W modnej stylistyce retrofuturyzmu została utrzymana rzeczywistość przywodząca na myśl lepiej zaopatrzoną i mniej wilgotną wersję Wodnego świata, w którym ludzie schronili się na statkach przed tajemniczym czymś i od tamtego czasu starają się zapomnieć o swoich problemach, utopić je w alkoholu, zagłuszyć muzyką. „Mekaton” przypomina gigantyczne miasto, w którym można spędzić całe życie bez poczucia, że czegoś brakuje; wszystkie fizyczne potrzeby pasażerów są tu zaspokajane na bieżąco, a co do duchowych – cóż, nie wydaje się, żeby jakiekolwiek mieli. Autorzy pośród diablo szczegółowych ilustracji, niekończących się korytarzy, niebotycznych kominów i budynków, które, zdaje się, wyrosły wprost z pokładu i zasilającej statek maszynerii, opowiadają o świecie postapokaliptycznym, który nie tyle upadł w jednym momencie, ile powoli się osypuje i gnije w tempie wyznaczanym przez kolejne toasty. Zewnętrzne czynniki, które doprowadziły do upadku świata, nie mają tu aż tak wielkiego znaczenia – liczy się to, że to ludzie ulegają powolnej degeneracji, mimo że zapewne sądzą, że jest inaczej. Zamknięci na statku, usypiani przez wygody i pozorne bezpieczeństwo, powoli tracą jakiekolwiek poczucie, że życie może oznaczać coś więcej niż tylko przyjęcie. Odwracają się od świata, starają się wyprzeć jego istnienie z pamięci, skupiają się tylko na tu i teraz. Autorzy bardzo dobrze przy tym operują kontrastami, dzięki którym możemy wczuć się w sytuację pasażerów „Mekatona” – bombardowani bodźcami nie potrafią się na niczym skupić, wciąż się rozpraszają, nie umieją już poświęcić dłuższej chwili na refleksję. Inaczej jest w ukrytej pośród lodowców wiosce Plemienia Niedźwiedzia, gdzie wszystko jest uproszczone do najbardziej niezbędnych elementów, a wszechobecna biel pozwala lepiej skoncentrować się na wszystkim, co dzieje się pomiędzy jego członkami. Tu mózg może odpocząć i spokojnie przyjrzeć się wszystkiemu, jako że otoczenie nie zmienia się jak w kalejdoskopie, w przeciwieństwie do „Mekatona”, gdzie czasu i uwagi wystarcza jedynie na zauważenie czegoś, a nie poświęcenie dłuższej chwili.

Tę migawkowość transatlantyku odzwierciedla, niestety, konstrukcja całej serii. Pozwoliłem sobie na spoiler i zdradziłem zakończenie pierwszego tomu, a także nie piszę, co dzieje się w trzecim, żeby zwrócić uwagę na zasadniczą kwestię. Mechaniczna Ziemia, jak na trylogię, ma bardzo długi rozbieg – istotne rzeczy zaczynają się dopiero w drugiej części, pierwsza służy głównie przedstawieniu postaci – dlatego nie da się opowiedzieć o fabule inaczej niż przez streszczenie całego pierwszego tomu (a przynajmniej ja nie dostrzegam takiej możliwości). Sprawia to, że bardzo dużo czasu upływa, zanim w ogóle mamy szansę na wyrobienie sobie stosunku emocjonalnego do tego, co się dzieje, przez co zbyt dużą część fabuły można zbyć wzruszeniem ramion – ok, wydarzyło się. Tym bardziej utrudnia to fakt, że w małej objętości chciano zmieścić bardzo wiele, nie dając jednocześnie niemal żadnych wyjaśnień, niczego, co mogłoby posłużyć za punkt odniesienia. Wskazówki na temat tego, dlaczego świat Mechanicznej Ziemi wygląda tak, a nie inaczej, pojawiają się sporadycznie, ale przez przeważającą większość akcji po prostu biernie podążamy za wydarzeniami, których nie da się osadzić w żadnym szerszym kontekście. Dlatego nie piszę o trzecim tomie – po przeczytaniu dwóch pierwszych po prostu nie czuje się, że lektura ostatniego cokolwiek zmieni w naszym życiu. Może i są tam wyjaśnienia, ale tak intensywne mnożenie pytań i tajemnic, a tak rzadkie udzielanie odpowiedzi nie zachęcają do śledzenia dalszych losów uciekinierów z „Mekatona”.

Tym, co mi najbardziej przeszkadzało, była płaskość i stereotypowość postaci, które na przestrzeni fabuły ani trochę się nie zmieniają. Każdy zdaje się mieć tu na jakimś punkcie obsesję: Philéonowi chodzi jedynie o wydostanie się ze statku, Edmée o ładne stroje i wygody, dowódcy Sił Specjalnych o potęgę. Edmée to zresztą najgorzej napisana postać, co dziwi, skoro jest jednocześnie jedną z głównych – jej rola w fabule z jednej srony ogranicza się tak naprawdę do krzyczenia, robienia wymówek, dążenia do jak największej wygody i bycia „tą naiwną”, która nie umie się np. ubrać praktycznie, stawiając ponad to wygląd; z drugiej Edmée ma być swoim ciałem, a zatem ponętna, korzystnie kadrowana i ubrana tak, żeby zostały podkreślone jej wdzięki. Nie wydaje mi się, żeby „retro-” w retrofuturyzmie usprawiedliwiało uprzedmiotowienie postaci i sprowadzenie jej do pokazywania uda, kiedy nie wiadomo, co zrobić, robienia awantur i bycia słodką trzpiotką. Dotyczy to zresztą większości kobiecych postaci w tych komiksach.

Takich logicznych dziur, które wpływają na „stabilność” świata, jest zresztą więcej i obietnica, że być może kiedyś zostaną wyjaśnione, wcale tego nie równoważy. Musimy bardzo nagiąć się do wizji autora, żeby uwierzyć, że można np. przetrwać dwa tygodnie na Antarktydzie w stroju wieczorowym i znajdować opał pośród lodowej pustyni czy że antropomorfizowanie zwierząt lub przedmiotów można posunąć tak daleko, żeby orła obdarować ostrymi zębami lub stworzyć szybkowar z głową człowieka.

Powtórzę to jeszcze raz, żeby lepiej wybrzmiało. Orzeł. Z wielkimi zębami. Szybkowar. Z głową człowieka.

I znów – długo nie znajdziemy śladu tego, że tego typu kwestie mają swój oddźwięk w fikcyjnym świecie, żadnego wyjaśnienia, jak doszło do sytuacji, w której są przyjmowane jako naturalne. Wyobraźnia autorów Mechanicznej Ziemi rzeczywiście oszałamia i porywa, z chęcią ogląda się kolejne kadry, ale brakuje jej ramy, która pozwoliłaby się czytelnikowi/czytelniczce odnaleźć. Przez to ma się wrażenie, że komiksy wymykają się spod kontroli i nie dążą w żadnym konkretnym kierunku, tak jakby fabuła była w nich drugorzędną sprawą, bo najważniejsze to pokazać bogactwo świata i szaleństwo wyobraźni. Dwa tomy pozostawiania w niewiedzy i oczarowywania to jednak za dużo – komiksy z tej serii chętnie się przegląda i ogląda, ale nie śledzi się ich ze zbytnim zaangażowaniem.

Ilustracje pochodzą z: Jean-Baptiste Andréae, Patrick Fitou, Mechaniczna Ziemia. OceanikaMechaniczna Ziemia. Antarktyka, tłum. Jakub Syty, Koluszki: Kurc, 2017, 2018.